środa, 20 lipca 2016

Ciężka jazda nr 15 - recenzja: Nomad "Tetramorph"

zespół: Nomad
album: "Tetramorph"
wytwórnia: Witching Hour Productions - 2015


skład:
Bleyzabel Balberith – wokal
Patrick Seth Bilmorgh – gitara
Nameless Immenus – gitara
Groshek – bębny
Rothep Patiel – bas


utwory:
Tetrawind | Tetrawater | Tetrafire | Tetraearth 

Zacznę od cofnięcia się o pięć lat. W 2011 roku Nomad wydał album, który wywołał u mnie gwałtowny opad szczęki.
Płyta zatytułowana „Transmigration of Consciousness” to czterdzieści minut fenomenalnych dźwięków, którym nawet na chwilę nie ośmiela się przeszkodzić cisza. Nie istnieje tu pojęcie przerwy między utworami. Każda sekunda krążka została po brzegi zagospodarowana przez najmroczniejszą z mrocznych treść.
Kto nie słuchał „Transmigration...”, powinien tę zaległość nadrobić jeszcze przed wrzuceniem do odtwarzacza ostatniej płyty formacji z Opoczna. „Tetramorph” jest bowiem dźwiękowym dziedzicem swego poprzednika. Dziedzicem, który choć wystarczająco uzbrojony w mocne i szlachetne geny, postanawia nadal ewoluować.

Tetramorf – symbol czwórpostaci, znany już od czasów kultu boga Mitry. Wizualizacja czterech najważniejszych gwiazdozbiorów Babilonu. Byk, Lew, Orzeł oraz Wodnik / Człowiek. Personifikacja czterech żywiołów. Wielowiekowy, uniwersalny znak wiedzy, nauki i natury, a także magii czy religii. To na nim Nomad oparł filozofię swego mini albumu.

 fot: Burning Abyss 'zine

„Tetramorph” to, a jakże, cztery utwory, utrzymane w rozpoznawalnym, charakterystycznym dla Nomad stylu. Jest to oczywiście death metal wysokiej jakości. Rozbudowane, lecz nie rozwlekłe, kompozycje nie są zwyczajną ścianą brutalnego jazgotu. Bogate aranżacje obfitują w zmiany tempa, klimatu i nastroju.
Piętnaście minut, bo tyle trwa opisywana przeze mnie płyta, upływa błyskawicznie. Otwierający ją, dynamiczny i doskonale wprowadzający w album „Tetrawind” niepostrzeżenie przechodzi w transowy, wciągający „Tetrawater”. „Tetrafire” to według mnie najbardziej rozbudowany i diabelnie chwytliwy numer, który konkretnie wkręca się w głowę. Płytę zamyka „Tetraearth”. Niczym wyszeptana zaschniętym gardłem modlitwa, przemija nie wiadomo kiedy. 
Utwory na krążku wzajemnie się uzupełniają. Kolejny jest naturalnym następcą poprzedniego a ostatni może prowadzić wprost ku pierwszemu. Choć każdy może z powodzeniem istnieć jako samodzielny byt, dopiero połączone w jedno odsłaniają pełnię swej wyjątkowości. Oto symbol Tetramorf wykuty w metalu.
 
Z całą pewnością nie jest to muzyka tworzona „pod publiczkę”. Zapomnijcie o lekkim i łatwym odbiorze. To piekielnie inteligentne dzieło sztuki. Czuje się, że Nomad tworzy przede wszystkim dla siebie, bez oglądania się na pochlebców czy kłanianiu się klakierom.

„Tetramorph”, podczas słuchania, daje mi niemal bliźniaczo podobny pakiet wrażeń co ostatnie dzieła Mayhem. Dostrzegam tu pewne podobieństwa w strukturze kompozycji, surowości brzmienia, w ładunku emocji i formie ich przekazu. Dotychczas to głównie twórczość Norwegów sprawiała, że dźwięki, które płynęły z głośników wiernie odzwierciedlały silnie skoncentrowaną dawkę najmroczniejszej energii, jaką może dusić w sobie istota ludzka. Muzyka Nomad również zawiera owo mroczne, magiczne „coś”, powodujące przyjemny dreszcz pełznący po plecach w ślad za każdą wybrzmiewającą nutą.

Za płytę „Tetramorph” ukłony i wyrazy uznania należą się również wytwórni. Witching Hour Productions kolejny raz udowodniło, że nawet mini album może być wydany elegancko i z pomysłem. Unikalny wykrojnik digi packa oraz znakomita oprawa graficzna sprawiają, że dzieło grupy Nomad jest w pełni kompletne i dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. 

                                                                                              fot: WHP
 
Apetyt został rozbudzony, a moje oczekiwania wobec pełnego albumu są teraz bardzo wysokie, lecz o ich zaspokojenie jestem dziwnie spokojny. Pozostaje mi tylko ćwiczyć cierpliwość.


czwartek, 31 grudnia 2015

Lemmy sobie poszedł.

Koniec roku 2015 zapamiętam na długo.
Pod choinką znalazłem słuchawki sygnowane przez Motörhead. Dwa dni później, cierpiąc na kaca - mordercę, pamiątkę po wieczorze z Jackiem Danielsem (który też siedział pod choinką), wpadłem na chory pomysł rzucenia palenia. Minęły kolejne dwa dni i nagle jebło: Lemmy sobie poszedł.

Przez kilkanaście godzin, jakie upłynęły od upublicznienia tej wiadomości, o Lemmym napisano chyba wszystko i chyba wszędzie. Wspomnienia, kondolencje, anegdoty, archiwalia, zdjęcia, wideo i dźwięki, mnóstwo dźwięków.

Nazwisko Kilmister poznałem mając chyba całe 10 lat na karku. Oczywiście przypadkiem. Na otrzymanej w prezencie czteropłytowej kompilacji „Monsters Of Rock”, moją uwagę przyciągnęły dwa zespoły, których wcześniej nie znałem. Pierwszy – Hawkwind. Brzmiał inaczej, niż wszystko inne. Nie znałem jeszcze wówczas określenia „przyćpany”. Ich muzyka mnie przyciągnęła i zaciekawiła. Byłem nimi zachwycony.
Nagle z głośników huknął „Ace of Spades”, a mnie dosłownie poderwało z krzesła. Utwór tłukłem od rana do nocy. Na innej płycie ze składanki znalazłem jeszcze „Eat the Rich”. Czytałem na głos nazwę zespołu i za każdym razem jej brzmienie wywoływało we mnie dreszcz. Motörhead...
Kilka miesięcy później, dość przypadkowo znalazłem się w posiadaniu sporej, jak dla mnie w tamtym okresie, sumki pieniędzy (wszystko legalnie, acz niespodziewanie). Nie wahałem się. Gotówki pozbyłem się co do grosza w nieistniejącym już warszawskim sklepie Planet Music. Do domu wróciłem z dwoma albumami na CD (!): „Bastards” i „Orgasmatron”.
Potęga energii bijącej z tej muzyki była dla mnie niepojęta. Niby nic skomplikowanego, brzmienie brudne do granic, melodyjnie jak cholera. I szybko. Do tego zdarty, niemiłosiernie charczący głos wokalisty. Z głośników niemalże dało się wyczuć zapach tytoniowego dymu. I ja, gówniarz, wsiąkłem w ten cały Motörhead. Na amen.

Wiadomość o śmierci Lemmyego była szokiem, choć wszyscy doskonale wiedzieli, jak wyglądał jego styl życia. Był chodzącą reklamą Jacka Danielsa, a przyswajając dwie, trzy paczki czerwonych Marlboro dziennie, wzbudzał słuszne wątpliwości u wszystkich twierdzących, że palenie szkodzi zdrowiu. Miał także inne, nieoficjalne „słabostki”, zaś czas wolny spędzał w towarzystwie jednorękich bandytów.
Zdefiniował rock'n'roll, po czym sam stał się jego definicją i personifikacją. Ostatni z prawdziwych renegatów.
Odszedł tak, jak żył: szybko. Czy zostanie legendą? Był nią już od bardzo dawna. Bardziej już się nie da.

Wraz z Lemmym umarł Motörhead.
Licznik albumów studyjnych zatrzymał się na liczbie 22. Do tego wydawnictwa koncertowe, składanki, single... I tylko Phil Campbell i Mikkey Dee wiedzą, ile gotowego, nieopublikowanego materiału pozostało w przeróżnych skrytkach i dyskach.
Mam przeczucie, że jeszcze będzie na co czekać.



Ian Fraser „Lemmy” Kilmister                                                Motörhead
     24.12.1945 – 28.12.2015                                                     1975 – 2015



Wznoszę toast szklaneczką Jacka Danielsa.
W słuchawkach gra „We Are Motörhead”.
Nadal nie palę.



niedziela, 15 lutego 2015

Ciężka jazda nr 14 - recenzja: Venom "From The Very Depths"

zespół: Venom
album: "From The Very Depths"
wytwórnia: Spinefarm Records - 2015


skład:
Cronos - wokal, bas
Rage - gitara
Dante - perkusja



utwory:
Eruptus | From The Very Depths | The Death Of Rock'n'Roll | Smoke |  Temptation | Long Haired Punks | Stigmata Satanas | Crucified | Evil Law | Grinding Teeth | Ouverture | Mephistopheles | Wings Of Valkyrie | Rise



Zapłonął ogień i zaśmierdziało siarką, bo oto Venom powił swego kolejnego dźwiękowego bękarta.
 
Po ostatnich studyjnych dokonaniach tej formacji, nie spodziewałem się wiele po ich najnowszym dziele. Mówię to z przykrością. Od czasu albumu „Ressurection” sprzed piętnastu długich lat, moje uszy nie potrafiły bezboleśnie przebrnąć przez twórczość Cronosa i spółki. Każda kolejna płyta Venom była dla mnie mniejszym lub większym rozczarowaniem. Owszem, zdarzały się przebłyski w postaci pojedynczych, dobrych (lecz nie wybitnych) utworów, jednakże krążki „Metal Black”, „Hell” i „Fallen Angels”, jako twory całościowe, broniły się raczej słabo. Według mnie były zwyczajnie nudne i przewidywalne, a ich brzmienie można określić jako co najwyżej poprawne. „Ressurection” to dla mnie ostatni album Venom, na którym cokolwiek się działo.
Ukazanie się From The Very Depths”, czternastego studyjnego dzieła grupy, nie wywołało u mnie ulubionego dreszczu emocji. Nagrali, no to fajnie. Posłucham z przyzwyczajenia. Jak to dobrze, że istnieje Spotify!
No i posłuchałem...

Bezsensowne i niepotrzebne intro na szczęście jest krótkie. O wiele lepiej byłoby, gdyby krążek otwierał od razu kolejny utwór – tytułowy „From The Very Depths”, startujący od razu konkretną galopadą. Wściekle, szybko i cholernie melodyjnie. Kawał świetnie zagranego thrash'n'roll. Łeb sam zaczyna się kiwać. Jest dobrze! Venom postanowił nareszcie uczciwie popracować, a efekty tej decyzji słychać.
Dalej jest jeszcze lepiej. Rockowa melodyjność obficie podlana thrashową mocą. Nieco wolniejszy od poprzedników „Smoke” zalatuje nieco Testamentem z czasów „The Ritual”.
„Long Haired Punks” to z kolei wybuchowa mieszanka przebojowości Mot
örhead i dzikości The Exploited. Niesamowicie energetyczny numer.
W „Stigmata Satanas” Venom wciąga słuchacza w dobrze mu znany klimat. Ciężki, oleisty numer ze skandowanym refrenem. Ten utwór ma w sobie wszystko, co najlepsze ze starego stylu grupy, a kolejny znakomicie to kontynuuje.
W „Evil Law”, pierwszy riff jest nieco Metallicowy. Włos na głowie mi się zjeżył... Na szczęście numer błyskawicznie nabiera właściwego kierunku stając się największym walcem na krążku. Tłuściutki i gęsty. Sama esencja.
Cały album jest dość zróżnicowany. Ciężko naleźć w nim jakiekolwiek przestoje czy nużące fragmenty. Klimat, choć spójny, nie jest jednostajny. Ekipa Cronosa wydestylowała wszystko, co najbardziej charakterystyczne ze swych najlepszych lat, łącząc to sprawnie z najlepszymi dostępnymi składnikami. Wyszedł energetyzujący koktajl mocy i przebojowości. Wciągający i uzależniający. Niejednemu z pewnością odrodzi się dawno zapomniany venomoholizm. „From The Very Depths” zwyczajnie nie da się ot tak porzucić po jednym przesłuchaniu. Muzyka Venom A.D. 2015 z powrotem jest taka, jak dawniej. Nieposkromione diabelstwo wylazło z nory!
 
Sława i chwała odpowiedzialnym za produkcję tego albumu. Udało się im bowiem połączyć znakomite, dopracowane brzmienie z jakże niezbędnym rockowym brudem. Wypracowali tu idealne proporcje. Płyty słucha się świetnie. Jest selektywna i czytelna, nie zatracając przy tym całej swej pierwotnej energii. Nie ma tej wrednej cukierkowości i sterylności, która w opinii wielu pogrzebała pod sobą chociażby ostatni album Kreatora - „Phantom Antichrist”. W przypadku Venom równowaga została świetnie zachowana.

Brytyjska legenda nagrała w końcu dobry album. Nie jest to może dzieło arcywybitne czy nowatorskie, lecz na tle ostatnich dokonań formacji Venom, „From The Very Depths” wybija się hen wysoko. Jest tu dużo starego, dobrego jadu. Są nawiązania do najlepszych lat twórczości grupy. Do rutyny powróciła nuta prawdziwej pasji i chęci. Forma Venom wyraźnie zwyżkuje. Oby ta tendencja się utrzymała.




Linki:

sobota, 31 stycznia 2015

Ciężka jazda nr 13 - recenzja: Hate "Crusade: Zero"

zespół: Hate
album: "Crusade: Zero"
wytwórnia: Napalm Records - 2015

skład:
ATF Sinner - wokal, gitara
Destroyer - gitara
Pavulon - perkusja
Heinrich - bas



utwory:
Vox Dei (A Call From Beyond) | Lord, Make Me an Instrument of Thy Wrath | Death Liberator | Leviathan | Doomsday Celebrities | Hate Is the Law | Valley of Darkness | Crusade: Zero | The Omnipresence | Rise Omega the Consequence | Dawn of War | Black Aura Debris | The Reaping (Bonus Track)


 
Moja przygoda z formacją Hate trwa już wiele lat. W 1998 lub 1999 r., podczas koncertu w warszawskim klubie Riviera Remont po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością grupy. Muzycy promowali wówczas swój drugi album „Lord is Avenger”. Pamiętam, że ich występ zrobił na mnie ogromne wrażenie. Pomimo tradycyjnych kłopotów z właściwym nagłośnieniem imprezy (w tamtych czasach klub Remont wybitnie brylował w dziedzinie fatalnego brzmienia), Hate pokazał znakomitą sztukę. Okrzyk „Hail Satan!”, wydany głębokim growlem przez ATF Sinnera, nieodłączny element występów zespołu, rozpoczął misterium brutalności i bluźnierstwa. Do dziś, na samo wspomnienie koncertu, boli mnie kark. Kasetę „Lord is Avenger” mam nadal. Z czasem dołączyła do niej wersja na CD.
Hate to zespół w swym działaniu bardzo konsekwentny. Każdy kolejny album warszawskiej ekipy jest godnym następcą swego poprzednika. Nie zdarzają się zejścia poniżej pewnego poziomu. Muzyka Nienawiści to tradycyjny, potężny techniczny death metal, grany z pasją, bogaty doświadczeniem muzyków, zawsze przemyślany i znakomicie wyprodukowany. Z pewnością nie jest to muzyka zaskakująca. Zespół nie bawi się w karkołomne eksperymenty czy usilne artystyczne eksploracje. Ich twórczość bez wątpienia stale ewoluuje, lecz odbywa się to łagodnym trybem. Hate to zespół przyjemnie przewidywalny. Oczekiwanie na każdy kolejny album przypomina wizytę w ulubionej, sprawdzonej restauracji, gdzie znamy szefa kuchni, jego umiejętności i talent. I niby wiemy, czego się spodziewać. To, że zamówione danie będzie wyborne, czujemy już zanim przyjdzie nam go spróbować. A jednak czekamy w napięciu, bo z góry zakładamy, iż maestro mimo wszystko dorzuci do potrawy coś, co ożywi znany nam smak.
Od czasów albumu „Anaclasis - a gospel of malice and hatred”, muzyka Hate stała się powtarzalna. To nie zarzut, a jedynie stwierdzenie faktu. O ile płyta „Awakening of the liar” niosła w swym brzmieniu całe pokłady młodzieńczej jeszcze dzikości, o tyle kolejny krążek grupy zdawał się być uporządkowany i wyrachowany – stworzony przez fachowców, którzy znaleźli w końcu swoją własną ścieżkę i postanowili z niej nie zbaczać, a przynajmniej nie za bardzo. Nienawiść obrała swój kurs.

Słyszałem opinie, że „Morphosis”, „Erebos” i „Solarflesh” to bliźniacze albumy. Swoista metalowa trylogia. Istotnie, słuchając tych płyt po kolei, można odnaleźć w ich brzmieniach dużą spójność. Spoiwem jest w tym przypadku produkcja owych materiałów. Znakomita, klarowna i dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Nieco zimna, bardzo techniczna, wykonana z premedytacją wyrachowanych zawodowców. Hate uparcie trzyma się swojego kierunku i robi to fenomenalnie. Każdy z powyższych tytułów opowiada swoją historię. Każdy jest samodzielnym dziełem. A że są między nimi podobieństwa? Cóż... jak w każdym rodzeństwie. Jednakże pomimo bliskiego pokrewieństwa, każdy z potomków ma swoje unikalne cechy, które kreują osobowość, a tej dziełom Hate nigdy nie brakowało.

Rok 2015 rozpoczął się nadejściem „Crusade: Zero” - dziewiątego studyjnego albumu warszawskiej Nienawiści.
Zwyczajowo, krążek otwiera intro, po którym na słuchacza powoli zaczyna najeżdżać walec. Płynnie, melodyjnie, w otoczce bogatego gitarowego solo. Z nadejściem wokalu robi się ciężko. Hate ponownie serwuje muzykę o gęstym, wręcz oleistym klimacie, który szczelnie oblepia słuchacza. Otula mrokiem, wciąga i hipnotyzuje. To diabelskie misterium, w którym mimo wszystko znajduje się mnóstwo przestrzeni. Jest miejsce na oddech i na zasłuchanie.
W nienawistną muzykę wsiąka się po uszy. Gęsta perkusja, ciągnące się, bogate solówki, transowe riffy i wściekły growling Adama są jak gąbka chłonąca wszelkie promienie światła. Ciemność jest tu absolutnie namacalna. Słuchając „Crusade: Zero” tonie się w niej po uszy.
Skandowane do upadłego wersy, jak choćby mantryczny, wbijający się w głowę „Abyss born Leviathan.”, potęgują tylko monumentalizm przekazu, wciągając odbiorcę coraz głębiej i głębiej w bezkresną otchłań, wprost za ostatni krąg piekieł, skąd ucieczki już nie ma.
Każdy kolejny utwór poraża potężnym brzmieniem. Skala na wadze dawno została przekroczona. Przytłoczeni tonami szlachetnego metalowego kruszcu możemy tylko czekać końca. A ten nie nadchodzi... I dobrze! Niech trwa!
Wraz z upływem minut na liczniku odtwarzacza, Hate atakuje coraz mocniej, szybciej i precyzyjniej. Kompozycje są bogate i różnorodne. Raz blast, raz solo, raz wspólnie. To wściekle, to melodyjnie. Emocje są tu umiejętnie dawkowane. Szalona jazda potrafi niespodziewanie, na moment, ustąpić pola gitarowemu powiewowi łagodności. Moment taki nie trwa tu długo. Potężna death metalowa machina rzadko zwalnia, a jeśli już to wyłącznie na tyle, by stojący na jej drodze mogli wziąć ostatni przed rozjechaniem wdech.

„I bring fire!
I bring salvation!”

„Crusade: Zero” to płyta znakomita. Dopracowana w każdym dźwięku. Stworzona przez ludzi świadomych ich celu. Hate po raz kolejny nie zawodzi oczekiwań. Dostaliśmy dokładnie to, na co czekaliśmy – sowitą porcję najprzedniejszego death metalu.
O to chodziło? O to! Hate perfekcyjnie wywiązał się ze swej powinności, dostarczając fanom to, na co czekali. A kto szuka czegoś więcej ponad konsekwentną perfekcję – niech kontynuuje pod innym adresem. Nienawiść jest stała. I to jej największa siła.


Linki:

sobota, 17 stycznia 2015

Ciężka jazda nr 12 - recenzja: Dr Misio "Pogo"

zespół: Dr Misio
album: "Pogo"
wytwórnia: Universal Music Polska - 2014


skład:
Arkadiusz Jakubik - wokal
Paweł Derentowicz - gitara
Mario Matysek - gitara basowa
Radek Kupis - klawisze
Janek Prościński - perkusja

utwory:
Pogo | Pedagogika | Sekta | Modlitwa | Metro | Powstaniec | Hipster | Klub Trup | 
Ona wie | Wrzesień | Parada | Sam sobie


Jeszcze nie tak dawno, kiedy znany aktor brał się za śpiewanie, najczęściej oznaczało to jedno: Przegląd Piosenki we Wrocławiu. Wiersze Osieckiej, Młynarskiego albo Okudżawy czy w nielicznych, ambitnych przypadkach tłumaczenia dzieł Nicka Cave'a. Dramatycznie przeinterpretowane wykonania, gibanie się nisko na nogach przed mikrofonem i wreszcie wypuszczenie albumu nakładem fabryki płytowej wypluwającej masowo wszelakie dzieła sztuki „wyższej” - paskudnie wydane, źle brzmiące i potwornie męczące, choć nie jest to oczywiście regułą.

W 2008 roku na scenę muzyczną zapragnął wskoczyć Arkadiusz Jakubik, aktor z gatunku tych, którzy raczej na drobne się nie rozmieniają.
Stanął przed mikrofonem w powyciąganym podkoszulku na ramiączkach, znoszonych gaciach i w okularach przeciwsłonecznych. Za nim ustawił się zespół czterech muzyków. Przedstawili się Polsce jako Dr Misio. I zagrali rocka!
Płyta „Młodzi”, wydana w 2013 roku, narobiła sporo szumu. Producentem materiału został mianowany Olaf Deriglasoff, zaś do zaaranżowania dwóch z trzynastu utworów zaproszono Mateusza Pospieszalskiego.
Mało? To jeszcze dwa nazwiska: Varga i Świetlicki. Ich teksty, a w zasadzie wiersze, to chyba najistotniejszy element składowy działalności grupy Dr Misio. Przy doborze warstwy słownej, Jakubik i ekipa nie poszli na łatwiznę. Wręcz przeciwnie – wzięli na warsztat piekielnie trudne do śpiewania poezje. Połamane, potrzaskane, ponure i mocne. Rymowanki? Zbędne. Zespół udowodnił, że nawet tak „nieśpiewalny” materiał można umiejętnie chwycić i wspaniale ubrać w dźwięki. I to ostre, mroczne i dynamiczne.
Do tego jeden teledysk w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Kolejny, będący dziełem Krzysztofa Skoniecznego, otrzymał nominację do Złotej Żaby na Festiwalu Camerimage.
Mnóstwo koncertów, szybka reedycja płyty „Młodzi” z dołączonym DVD live. Ufff... Ależ debiut!


Minął rok i Dr Misio ponownie urodził, tym razem zapraszając słuchaczy do „Pogo”. Nazwiska pozostały te same. Zwiększyła się natomiast rola Olafa Deriglasoffa. Pan producent przyozdobił nowy materiał swoim niskim głosem (w chórkach), a także wypełnił kompozycjami przestrzeń pomiędzy utworami.
Teksty to ponownie dzieła Krzysztofa Vargi i Marcina Świetlickiego. Pomiędzy nimi pojawił się także wiersz „Ona wie” Norwida.
Jaka jest więc nowa płyta zespołu? To naturalna następczyni albumu „Młodzi”. Styl formacji pozostał, na szczęście, niezmieniony. Wciąż jest to kawał porządnie zagranego, właściwie przybrudzonego miksu rock'n'rolla i alternatywy. Wyraźnie wybija się wizja artystyczna Deriglasoffa, który jako producent miał przecież znaczący wpływ na brzmienie materiału. Kompozycje zdają się być bardziej przemyślane od tych, które znalazły się na debiucie. Aranżacje są ciekawsze. Bogactwo dźwięków sprawia, że na płycie nie ma „pustych przelotów”. Każda z 46 minut została umiejętnie i z wyczuciem wypełniona. Utwory płynnie przechodzą jeden w drugi. Taki stan pięknie oddaje już sam tytuł krążka. „Pogo” wciąga, trwa, narasta i wypuścić nie chce. Falujemy wraz z otaczającym nas muzycznym oceanem. Raz sztorm a raz łagodna tafla, pod którą cały czas coś się czai. To zdecydowanie nie jest basenik dla dzieci.
Arek Jakubik znowu jest tu po prostu wokalistą zespołu rockowego. Dr Misio to nie kolejna jego rola. Studio czy koncerty to nie plan filmowy. Nikt mu niczego nie narzuca. Nie ma trzymającego za mordę reżysera. Jako frontman jest w swoim żywiole, którym sam rządzi od początku do końca. Śpiewa to, co sobie wybierze i „poczuje”. Emocje w jego głosie nie są sztuczne czy wyuczone. On naprawdę spala się do cna wraz z każdym kolejnym wersem. Każdy brud i każdy ból, jakim przepełnione są wykonywane przez zespół poezje, Jakubik odczuwa najbardziej i naprawdę. Bez aktorzenia. Ta szczerość w przekazie udziela się słuchaczowi w bardzo silnej dawce. Po przesłuchaniu „Pogo” ma się wrażenie, że właśnie wypełzło się z ludzkiego magla, by po chwili wytchnienia bezwiednie na powrót do niego wejść.
Teksty, które trafiły na płytę to tradycyjnie już dzieła ciężkiego kalibru. Przytłaczające i ponure. Mocno doprawione ironią i gorzką, celną satyrą. Historie spisane przez wnikliwych obserwatorów naszego świata nie głaszczą nas po głowach. Są jak odłamki szkła wbijające się w ciało, wpadające do oczu, krążące we krwi. Bolą, to oczywiste. Ale czego innego można się spodziewać? Poezja zrodzona z syfu życia nie będzie kolorowa. Włączając „Pogo” podejmujemy świadomą decyzję o wskoczeniu do kanału, którym płyną uczucia i emocje. Silny prąd niesie ze sobą przeróżne odpady ludzkiej codzienności. Te negatywne lecz także te dobre, które trafiły tam przez zwykłą głupotę czy zapomnienie i stopiły się w jednolity, oblepiający szlam.

Zatem: miłej kąpieli...


Linki:

sobota, 6 grudnia 2014

Ciężka jazda nr 11 - recenzja: Vesania "Deus Ex Machina"

 
zespół: VESANIA
album: "Deus Ex Machina"
wytwórnia: Tune Project - 2014


skład:
Tomasz "Orion" Wróblewski - wokal, gitary
Dariusz "Daray" Brzozowski - perkusja
Filip "Heinrich" Hałucha - bas
Marcin "Valeo" Walenczykowski - gitara
Krzysztof "Siegmar" Oloś - instr. klawiszowe

utwory:
Halflight | Innocence | Disillusion | Vortex | Dismay | Glare | Notion | 
Disgrace | Fading | Scar


Podam Ci, drogi Czytelniku, pewien przepis.

Do solidnego, metalowego moździerza wsyp kolejno:
  • 5 czubatych łyżek czystego Talentu
  • po 5 łyżeczek Artyzmu (niezbyt przesadnego) i Doświadczenia (jest niezbędne)
  • solidną miarkę Wirtuozerii

Ucieraj, aż składniki się połączą.

Teraz, ciągle mieszając, stopniowo dodawaj:
  • kilka kropel silnie skoncentrowanego ekstraktu z Arcturusa
  • szczyptę Dimmu Borgir (Naprawdę odrobinę! Za duża dawka da ohydny posmak fastfoodu!)
  • resztki z Emperora (te trochę starsze, bardziej soczyste)
  • garść kurzu z desek teatralnej sceny (składnik trudno dostępny)

Gotową masę przełóż do kotła, zalej wrzątkiem i gotuj, aż nadmiar zbędnego płynu odparuje.
Pij natychmiast. Na gorąco. Do dna!


Przyznam, że od bardzo dawna hasło „symfoniczny black metal” wywołuje u mnie odruch wymiotny. Muzyka z lodowatej Norwegii z założenia powinna być surowa i tak wściekła, jak to tylko możliwe. Dla maniaków gatunku wyłącznie pierwotna odmiana zasługuje na miano „czarnego metalu”.
W latach '90, na fali popularności skandynawskich brzmień spod znaku odwróconego krzyża, na świecie jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać wszelkiej maści twory muzyczne, których celem było granie black metalu, ale tak nie do końca...
W dużym skrócie: „Jesteśmy źli! Szatan naszym Panem! O, jaki śliczny pluszowy jednorożec!!”
Krzywo grające gitary, tłukącą jednostajnie pojedynczą strunę basu i skrzeczący wokal dało się bez problemu zamaskować prostym automatem perkusyjnym połączonym z podniosłym brzmieniem keyboardu a'la wczesne Casio. Bum! I mamy kapelę!

Na szczęście, w zalewie tej jarmarcznej tandety, istnieją nieliczne perły, których twórczość wybija się hen ponad zwyczajowy poziom około-blackmetalowego grania.

Aby taki przepis, jaki podałem zamiast wstępu mógł się udać, koniecznym jest, by za jego przyrządzanie zabrali się kucharze z najwyższej półki. Tacy, którzy potrafią z wyczuciem żonglować przeróżnymi przyprawami, bez czytania gotowych receptur perfekcyjnie dobrać ich proporcje, a na koniec podać wszystko na czas, w odpowiedniej temperaturze i bez śladów przypalenia.
Tacy właśnie ludzie tworzą ekipę gotującą w wykwintnej restauracji o nazwie Vesania.

Zespół tworzy pięciu muzyków, a przynajmniej trzech nich to wielkie indywidualności nie tylko polskiej ale i światowej sceny metalowej. Orion, Daray i Heinrich – tych panów nie trzeba nikomu przedstawiać. Z tego też powodu Vesania często określana jest mianem „supergrupy”. Co ciekawe, formacja powstała w 1997 roku, a zatem na długo zanim jej poszczególni członkowie stali się powszechnie rozpoznawalni i szanowani w metalowym środowisku. Zatem nie jest to ich projekt poboczny, a właśnie macierzysty.

Tomasz „Orion” Wróblewski kojarzony jest przede wszystkim jako basista grupy Behemoth. Na pokładzie własnej formacji pełni funkcję autora tekstów, wokalisty i gitarzysty. Czterostrunowe wiosło dzierży Filip „Heinrich” Hałucha.
Jak znakomitym perkusistą jest Dariusz „Daray” Brzozowski, wie każdy szanujący się metalowiec. Masachist, Vader, Hunter czy ostatnio Dimmu Borgir – to bodajże najważniejsze formacje, w których udzielał się lub wciąż się udziela. Daray to bębniarz niezwykle wszechstronny. Thrash, death czy black metal – wspaniale odnajduje się w każdym gatunku. Jego umiejętności to prawdziwy skarb dla Vesanii, której muzyka zawiera w sobie przeróżne wpływy.
Drugą gitarą w zespole zawiaduje Marcin „Valeo” Walenczykowski, który w swym muzycznym CV ma między innymy grę w zespołach Mortis Dei czy Rootwater.
Krzysztof „Siegmar” Oloś odpowiada za brzmienia elektroniczne, w których jest prawdziwym ekspertem. Z jego usług regularnie korzysta dwóch tytanów death metalu – Vader i Behemoth.
Prawdziwy metalowy Dream Team? Bez wątpienia można tak powiedzieć.


„Deus Ex Machina” to czwarty studyjny album Vesanii. Ukazał się aż siedem lat po swym poprzedniku, znakomitym krążku „Distractive Killusions”, dzięki któremu muzyka tego zespołu po raz pierwszy zagościła w moim odtwarzaczu.
Każdy kolejny album zespołu jest dźwiękowym dziedzicem wcześniejszych dzieł. Słychać konsekwentne trzymanie się kursu obranego przed laty. Styl Vesanii się nie zmienia. Jednocześnie nie można mówić o zjadaniu własnego ogona. Płyty nie są swoimi klonami. W brzmieniu i kompozycjach trwa nieustający progres. Skład zespołu tworzą wszak muzycy o olbrzymim doświadczeniu, którego pomimo jakże intensywnego życia artystycznego każdego z nich, nie zdołała pożreć zgubna dla wielu rutyna. Ich najnowsze wydawnictwo potwierdza, że komponowanie i nagrywanie w żadnym wypadku im się nie przejadło. Wręcz przeciwnie – to okazja do wyrzucenia z siebie tony spiętrzonych pomysłów, których nie byliby w stanie zrealizować z Behemoth, Dimmu czy którymkolwiek innym zespołem. Te emocje mają zarezerwowane dla Vesanii.

Eurypides stworzył pojęcie „Deus Ex Machina” na potrzeby dramatu antycznego. „Bóg z maszyny” był zsyłany w celu szybkiego i prostego wytłumaczenia widzom wszelkich występujących w sztuce braków w logice. Sprawę załatwiało w zasadzie już samo jego przywołanie (skąd my to dziś znamy...?).
Vesania swoją nową płytą rzuca słuchacza w sam środek niesamowitego spektaklu teatralnego. Czasem ma się wrażenie uczestniczenia w przedziwnym scenicznym misterium („Innocence”), by już za chwilę zasiąść w wagoniku rozpędzonego rollercoastera gnającego przez opustoszały, mroczny lunapark („Disillusion”).
Przez duszne, zakurzone komnaty, oślepiające lodowe przestrzenie aż do piekielnej kuźni Hefajstosa. Klimat płyty zmienia się jak w czarcim kalejdoskopie. Wściekły wrzask przeplatany partiami czystego, spokojnego wokalu. Grające nieustająco klawisze miotają nastrojami. Raz dudnią echem odbitym od samego dna otchłani, by zaraz gwałtownie wystrzelić w pustkę kosmosu.
Ileż w tej muzyce elegancji! Ile piękna i wirtuozerii! Ile emocji!
Dziesięć utworów trwających łącznie ponad 50 minut. Idealnie wyważone proporcje. Ani za krótko, ani zbyt długo. Gdy album się kończy, odruchowo wciska się ponownie klawisz „play”, a z każdym kolejnym przesłuchaniem słyszy się w tym materiale coraz więcej i więcej. Osobiście polecam słuchać „Deus Ex Machina” na dobrej klasy słuchawkach nausznych. Żadne dokanałowe badziewia! (zabiją całą przyjemność).

Mówi się, że w muzyce wszystko co było do zagrania – zostało już zagrane. Pewnie jest w tym twierdzeniu sporo prawdy. Nie da się uniknąć porównań między poszczególnymi wykonawcami. Nie sposób nie wysłyszeć w danej muzyce przeróżnych wpływów, zwłaszcza gdy odbiorca jest porządnie osłuchany.
W muzyce serwowanej przez zespół Vesania słyszę klimaty rodem z twórczości Arcturusa, którego teatralna maniera potrafi trwale wryć się w pamięć. Jest tu również dużo z Emperora, a ściślej – z samego Ihsahna, artysty o niebywale szerokich muzycznych horyzontach.
Na początku wspomniałem też o naleciałościach rodem z Dimmu Borgir, lecz po wielokrotnym przesłuchaniu płyty „Deus Ex Machina”, delikatnie (acz nie całkiem) się z tego wycofam. Ośmielę się jednak stwierdzić, że Shagrath i spółka bardzo chcieliby móc zabrzmieć jak Vesania, jednakże wtedy mogliby zapomnieć o uwielbieniu wśród mrocznych nastolatków. Muzyka polskiej formacji jest bowiem zbyt trudna w odbiorze, by bezboleśnie trafić do uszu zapatrzonych w norweskiego giganta mainstreamowych metalowców.

Naprawdę bardzo chciałbym móc się do czegokolwiek w „Deus Ex...” przyczepić. I nawet miałem niewielki punkt zaczepienia w tej sprawie. Niestety, argument upadł z hukiem. O co chodziło?
Słuchając płyty w samochodzie (bo najczęściej tam słucham muzyki) odniosłem niemiłe wrażenie, że brzmienie albumu jest dziwnie płaskie, można rzec: plastikowe. Nie mam w aucie słabego systemu grającego. Większość opisywanych tu płyt przyswajałem właśnie w czasie jazdy i nigdy nie miałem zastrzeżeń. A tutaj były i to poważne. Żadne ustawienia nie zmieniły moich odczuć.
Dopiero gdy odpaliłem krążek na domowym sprzęcie usłyszałem pełnię dźwięku. Pojawiła się oczekiwana głębia i przestrzeń. To samo na słuchawkach – rewelacyjne brzmienie.
No i w ten sposób szlag trafił całe moje marudzenie...

Vesania - „Deus Ex Machina” to dla mnie jeden z najlepszych albumów rodzimego metalu w 2014 roku. Polecam jak cholera!


Linki:
www.vesania.pl <- tu kupisz płytę za jedyne 25 zł!
www.facebook.com/VesaniaOfficial
 

czwartek, 23 października 2014

Ciężka jazda nr 10 - recenzja: Decapitated "Blood Mantra"

zespół: DECAPITATED
album: "Blood Mantra"
wytwórnia: Mystic Production - 2014


skład:
Wacław "Vogg" Kiełtyka - gitary, akordeon
Rafał "Rasta" Piotrowski - wokal
Paweł Pasek - bas
Michał Łysejko - perkusja


utwory:
Exiled in Flesh | The Blasphemous Psalm to The Dummy God Creation | Veins | 
Blood Mantra | Nest | Instinct | Blindness | Red Sun | Moth Defect


Prawdopodobieństwo, że jakikolwiek inny zespół deathmetalowy na świecie tak często i tak bardzo osobiście doświadczał w przebiegu kariery realnej obecności Śmierci, jest praktycznie zerowe.
Milcząca postać z kosą zdaje się nieustannie trwać w pobliżu, odciskając swą obecnością silne piętno zarówno na twórczości grupy, jak i niestety także na życiu muzyków.
Tragiczny w skutkach wpadek samochodowy sprzed siedmiu lat, kosztował życie Vitka, zaś Covan do dziś pozostaje w stanie uniemożliwiającym mu powrót do normalnego funkcjonowania.
Równo cztery lata po śmierci Witolda Kiełtyki, 1 listopada 2011 r., cień Ponurego Żniwiarza ponownie zamajaczył za plecami członków zespołu, gdy wracając do Polski z USA, ich samolot lądował awaryjnie bez podwozia na warszawskim Okęciu.
Tak, choć brzmi to dość przerażająco, o Decapitated można powiedzieć, że to formacja w jakimś stopniu „naznaczona”, a nazwa gatunku muzycznego, death metal, w ich przypadku nabiera dodatkowego, wręcz dosłownego znaczenia.
Jednocześnie zespół ten można śmiało określić słowem coraz rzadziej używanym, lecz znakomicie oddającym ich hart ducha. To słowo, to: niezłomni.

" (...) No prayers, our silence is our speech.
No bread, our fear is our feed.
No light, our blindness is our hope.
No warmth, our coldness is our force. (...)"
/"Moth Defect"/




Album „Blood Mantra” jest szóstym studyjnym krążkiem Decapitated. Ze składu, który w 2011 roku nagrywał „Carnival is Forever”, na pokładzie pozostali Wacław „Vogg” Kiełtyka oraz Rafał „Rasta” Piotrowski, który tym razem, poza funkcją wokalisty, jest także autorem wszystkich tekstów (na „Carnival...” za warstwę słowną odpowiadał Jarosław Szubrycht).

Na swej najnowszej płycie, krośnieńscy metalowcy wytrwale podążają obraną wiele lat temu ścieżką. Nadal jest to znakomicie zagrany, intensywnie brutalny, technicznie doskonały death metal. Nie ma tu artystycznego poszukiwania na siłę. Brak eksperymentów, kombinowania i prób zaskoczenia słuchacza czymś „nowym i odkrywczym”. Jest za to twarda konsekwencja, z jaką muzycy serwują nam kolejne porcje wściekłych dźwięków. Właśnie ta „dzikość” jest znakiem rozpoznawczym Decap. Brzmienia tego zespołu nie da się już pomylić z żadnym innym. Wypracowanie własnego, charakterystycznego stylu w muzyce ekstremalnej to obecnie nie lada sztuka. Wiele kapel death czy blackmetalowych przez lata nagrywa praktycznie tę samą płytę, stawiając wyłącznie na coraz większą szybkość i brutalność, zatracając przy tym jakiekolwiek emocje. Inaczej jest w przypadku Decapitated.
Ekipa kierowana przez Vogg'a tworzy muzykę, w której głównym elementem składowym, oprócz instrumentów i głosu jest coś więcej – potężna energia płynąca właśnie z emocji. Doświadczenie i dojrzałość członków zespołu przekłada się nie tylko na perfekcję w graniu. Przekaz zawarty w utworach „Blood Mantra” jest niezwykle silny. Trafia do słuchacza nie tylko przez jego uszy. Tego albumu słucha się całym sobą. Chłonie się go, nasiąka nim. Klimat płyty niemalże oblepia skórę, wżera się w ciało. Po plecach pełzną dreszcze.

Płyta zawiera dziewięć kompozycji. Mało? W żadnym wypadku! Utwory są bardzo rozbudowane, a ponad połowa z nich trwa powyżej 5 minut (najdłuższy ma ich ponad 7). Wszystkie numery są bardzo bogate w brzmienia. Niejednostajne, ciekawie zaaranżowane. Transowe i przykuwające uwagę.
Perkusja łoi niemiłosiernie. Podwójny kick jest jak precyzyjnie mierzone serie karabinów maszynowych. Charakterystycznie "bzyczące" gitary tną bezlitośnie, a wściekły wrzask, jakim raczy nas Rasta dopełnia przyjemnego wrażenia obcowania z perfekcyjnie zestrojonym mechanizmem.

W kwestii wokalu, przyznam bez bicia, że moje pierwsze zetknięcie się z głosem Rafała Piotrowskiego, przy okazji „Carnival is Forever”, obfitowało w mieszane uczucia. Nie byłem do niego zupełnie przekonany. Ogólne brzmienie zespołu zdawało mi się nie współgrać ze stylem wokalisty. Uparłem się jednak i słuchałem tamtej płyty do upadłego. I w końcu chwyciło!
Na „Blood Mantra” partie wokalne od początku trafiły w mój gust. Być może także sam Rasta, przez tych kilka lat w zespole, naturalnie wkomponował się w muzykę. Teraz to już jeden organizm.

Wracając do zawartości płyty – nawet po jej wielokrotnym przesłuchaniu nie potrafię wskazać poszczególnych numerów jako moich zdecydowanych faworytów. Tej płyty należy słuchać jak jednej całości. Porwanie materiału na fragmenty w postaci pojedynczych utworów odbiera mu bowiem jego największy atut – spójność.

Są tu oczywiście „perełki”, które bardziej wchodzą w głowę. Na pewno jest to dynamiczny i niemal przebojowy „Nest” czy hipnotyzujący i wciągający „Blindness” płynnie przechodzący w wyciszający „Red Sun” oraz wyborny i arcyintensywny „The Blasphemous Psalm To the Dummy God Creation”, w którym Rasta chwilami przechodzi samego siebie. 


Poziom produkcyjny płyty, tradycyjnie już, reprezentuje najwyższy światowy poziom. Brzmienie klarowne, selektywne i potężne. Przy całej postprodukcyjnej prefekcji, udało się zachować lekki „brud”, tak ważny w tego typu muzyce.

Uwagę zwraca także świetna oprawa graficzna albumu, której autorem jest Łukasz Jaszak, artysta współpracujący z wieloma wykonawcami sceny metalowej, w tym m.in. z Vomitory, Azarath, Emperor czy Alcest.

W digipacku, poza płytą audio, znajduje się także krążek DVD. Jego zawartość nieco mnie rozczarowała. Oczekiwałem porządnego materiału making-of, ciekawego raportu ze studia, może jakiejś porcji zakulisowych smaczków. To ostatnie w sumie dostałem. Niestety, materiał wideo zatytułowany „Diary 2010 - 2014” okazał się być w zasadzie klipem posklejanym nieco chaotycznie z różnego rodzaju filmików kręconych telefonami i/lub małymi kamerkami. Oczywiście osoba śledząca karierę Decapitated bez trudu rozpozna w nim ludzi i sytuacje, a także dopatrzy się pewnej chronologii zdarzeń, jednakże bardziej przypadkowy widz zapyta po prostu: co to, kurde, było? Zaiste, lepszym miejscem dla takich produkcji jest YouTube niż oddzielny bonus DVD. Szczęśliwie, dodatkowa płyta nie wpływa tutaj na sklepową cenę „Blood Mantra”, a gruby digi fajniej wygląda na półce.
Przynajmniej miałem się do czego przyczepić.

„Blood Mantra” zadebiutował w USA w czołówce listy Billboard'u. Płyta zbiera znakomite recenzje na całym świecie. Plany koncertowe Decapitated wyglądają imponująco. Wszystko wskazuje na to, że zespół ten wszelkiego rodzaju nieszczęścia i dramaty pozostawił już daleko za sobą.

I oby tak dalej!

Dopisek aktualizacyjny z dnia 25.10.2014 r.:
Niestety, muzycy grupy Decapitated ponownie ucierpieli w wypadku samochodowym... 
W piątek, 24 października, bus którym zespół podróżuje po USA w trasie koncertowej z GWAR, uległ wypadkowi w drodze do Nowego Orleanu. Szczęśliwie, tym razem nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń. 
Trasa będzie kontynuowana.


Linki: