Patrick
Seth Bilmorgh – gitara Nameless
Immenus – gitara
Groshek
– bębny
Rothep
Patiel – bas
utwory:
Tetrawind | Tetrawater | Tetrafire | Tetraearth
Zacznę od cofnięcia się
o pięć lat. W 2011 roku Nomad wydał album, który
wywołał u mnie gwałtowny opad szczęki.
Płyta zatytułowana „Transmigration of
Consciousness” to czterdzieści minut fenomenalnych dźwięków,
którym nawet na chwilę nie ośmiela się przeszkodzić cisza. Nie
istnieje tu pojęcie przerwy między utworami. Każda sekunda krążka
została po brzegi zagospodarowana przez najmroczniejszą z mrocznych
treść.
Kto nie słuchał „Transmigration...”,
powinien tę zaległość nadrobić jeszcze przed wrzuceniem do
odtwarzacza ostatniej płyty formacji z Opoczna. „Tetramorph” jest
bowiem dźwiękowym dziedzicem swego poprzednika. Dziedzicem, który
choć wystarczająco uzbrojony w mocne i szlachetne geny, postanawia
nadal ewoluować.
Tetramorf – symbol czwórpostaci, znany już
od czasów kultu boga Mitry. Wizualizacja czterech najważniejszych
gwiazdozbiorów Babilonu. Byk, Lew, Orzeł oraz Wodnik / Człowiek.
Personifikacja czterech żywiołów. Wielowiekowy, uniwersalny znak
wiedzy, nauki i natury, a także magii czy religii. To na nim Nomad
oparł filozofię swego mini albumu.
fot: Burning Abyss 'zine
„Tetramorph” to, a jakże, cztery utwory,
utrzymane w rozpoznawalnym, charakterystycznym dla Nomad stylu. Jest
to oczywiście death metal wysokiej jakości. Rozbudowane, lecz nie
rozwlekłe, kompozycje nie są zwyczajną ścianą brutalnego
jazgotu. Bogate aranżacje obfitują w zmiany tempa, klimatu i
nastroju.
Piętnaście minut, bo tyle trwa opisywana
przeze mnie płyta, upływa błyskawicznie. Otwierający ją,
dynamiczny i doskonale wprowadzający w album „Tetrawind”
niepostrzeżenie przechodzi w transowy, wciągający „Tetrawater”.
„Tetrafire” to według mnie najbardziej rozbudowany i diabelnie
chwytliwy numer, który konkretnie wkręca się w głowę. Płytę
zamyka „Tetraearth”. Niczym wyszeptana zaschniętym gardłem
modlitwa, przemija nie wiadomo kiedy.
Utwory na krążku wzajemnie się uzupełniają. Kolejny jest naturalnym następcą poprzedniego a ostatni może prowadzić wprost ku pierwszemu. Choć każdy może z powodzeniem istnieć jako samodzielny byt, dopiero połączone w jedno odsłaniają pełnię swej wyjątkowości. Oto symbol Tetramorf wykuty w metalu.
Z całą pewnością nie jest to muzyka
tworzona „pod publiczkę”. Zapomnijcie o lekkim i łatwym
odbiorze. To piekielnie inteligentne dzieło sztuki. Czuje się, że
Nomad tworzy przede wszystkim dla siebie, bez oglądania się na
pochlebców czy kłanianiu się klakierom.
„Tetramorph”, podczas słuchania, daje mi
niemal bliźniaczo podobny pakiet wrażeń co ostatnie dzieła
Mayhem. Dostrzegam tu pewne podobieństwa w strukturze kompozycji, surowości brzmienia, w
ładunku emocji i formie ich przekazu. Dotychczas to głównie
twórczość Norwegów sprawiała, że dźwięki, które płynęły z
głośników wiernie odzwierciedlały silnie skoncentrowaną dawkę
najmroczniejszej energii, jaką może dusić w sobie istota ludzka.
Muzyka Nomad również zawiera owo mroczne, magiczne „coś”,
powodujące przyjemny dreszcz pełznący po plecach w ślad za każdą
wybrzmiewającą nutą.
Za płytę „Tetramorph” ukłony i wyrazy
uznania należą się również wytwórni. Witching Hour Productions
kolejny raz udowodniło, że nawet mini album może być wydany
elegancko i z pomysłem. Unikalny wykrojnik digi packa oraz znakomita
oprawa graficzna sprawiają, że dzieło grupy Nomad jest w pełni
kompletne i dopracowane w najdrobniejszych szczegółach.
fot: WHP
Apetyt
został rozbudzony, a moje oczekiwania wobec pełnego albumu są
teraz bardzo wysokie, lecz o ich zaspokojenie jestem dziwnie
spokojny. Pozostaje mi tylko ćwiczyć cierpliwość.
Koniec roku
2015 zapamiętam na długo. Pod choinką znalazłem słuchawki
sygnowane przez Motörhead. Dwa dni
później, cierpiąc na kaca - mordercę, pamiątkę po wieczorze z
Jackiem Danielsem (który też siedział pod choinką), wpadłem na
chory pomysł rzucenia palenia. Minęły kolejne dwa dni i nagle
jebło: Lemmy sobie poszedł.
Przez kilkanaście godzin, jakie
upłynęły od upublicznienia tej wiadomości, o Lemmym napisano
chyba wszystko i chyba wszędzie. Wspomnienia, kondolencje, anegdoty,
archiwalia, zdjęcia, wideo i dźwięki, mnóstwo dźwięków.
Nazwisko
Kilmister poznałem mając chyba całe 10 lat na karku. Oczywiście
przypadkiem. Na otrzymanej w prezencie czteropłytowej kompilacji
„Monsters Of Rock”, moją uwagę przyciągnęły dwa zespoły,
których wcześniej nie znałem. Pierwszy – Hawkwind. Brzmiał
inaczej, niż wszystko inne. Nie znałem jeszcze wówczas określenia
„przyćpany”. Ich muzyka mnie przyciągnęła i zaciekawiła.
Byłem nimi zachwycony.
Nagle z
głośników huknął „Ace of Spades”, a mnie dosłownie
poderwało z krzesła. Utwór tłukłem od rana do nocy. Na innej
płycie ze składanki znalazłem jeszcze „Eat the Rich”. Czytałem
na głos nazwę zespołu i za każdym razem jej brzmienie wywoływało
we mnie dreszcz. Motörhead...
Kilka miesięcy później, dość
przypadkowo znalazłem się w posiadaniu sporej, jak dla mnie w
tamtym okresie, sumki pieniędzy (wszystko legalnie, acz
niespodziewanie). Nie wahałem się. Gotówki pozbyłem się co do
grosza w nieistniejącym już warszawskim sklepie Planet Music. Do
domu wróciłem z dwoma albumami na CD (!): „Bastards” i
„Orgasmatron”.
Potęga
energii bijącej z tej muzyki była dla mnie niepojęta. Niby nic
skomplikowanego, brzmienie brudne do granic, melodyjnie jak cholera.
I szybko. Do tego zdarty, niemiłosiernie charczący głos wokalisty.
Z głośników niemalże dało się wyczuć zapach tytoniowego dymu.
I ja, gówniarz, wsiąkłem w ten cały Motörhead.
Na amen.
Wiadomość o śmierci Lemmyego była
szokiem, choć wszyscy doskonale wiedzieli, jak wyglądał jego styl
życia. Był chodzącą reklamą Jacka Danielsa, a przyswajając
dwie, trzy paczki czerwonych Marlboro dziennie, wzbudzał słuszne
wątpliwości u wszystkich twierdzących, że palenie szkodzi
zdrowiu. Miał także inne, nieoficjalne „słabostki”, zaś czas
wolny spędzał w towarzystwie jednorękich bandytów. Zdefiniował
rock'n'roll, po czym sam stał się jego definicją i personifikacją.
Ostatni z prawdziwych renegatów. Odszedł tak, jak żył: szybko.
Czy zostanie legendą? Był nią już od bardzo dawna. Bardziej już
się nie da.
Wraz z
Lemmym umarł Motörhead.
Licznik albumów studyjnych zatrzymał
się na liczbie 22. Do tego wydawnictwa koncertowe, składanki,
single... I tylko Phil Campbell i Mikkey Dee wiedzą, ile gotowego,
nieopublikowanego materiału pozostało w przeróżnych skrytkach i
dyskach.
Mam przeczucie, że jeszcze będzie na
co czekać.
Ian Fraser
„Lemmy” Kilmister Motörhead
24.12.1945 – 28.12.20151975
– 2015
Wznoszę toast szklaneczką Jacka
Danielsa.
W słuchawkach
gra „We Are Motörhead”. Nadal nie palę.
album: "From The Very Depths" wytwórnia: Spinefarm Records - 2015
skład:
Cronos - wokal, bas
Rage - gitara
Dante - perkusja
utwory:
Eruptus | From The Very Depths | The Death Of Rock'n'Roll | Smoke | Temptation | Long Haired Punks | Stigmata Satanas | Crucified | Evil Law | Grinding Teeth | Ouverture | Mephistopheles | Wings Of Valkyrie | Rise
Zapłonął ogień i zaśmierdziało
siarką, bo oto Venom powił swego kolejnego dźwiękowego bękarta.
Po ostatnich studyjnych dokonaniach tej formacji, nie
spodziewałem się wiele po ich najnowszym dziele. Mówię to z
przykrością. Od czasu albumu „Ressurection” sprzed piętnastu
długich lat, moje uszy nie potrafiły bezboleśnie przebrnąć przez
twórczość Cronosa i spółki. Każda kolejna płyta Venom była
dla mnie mniejszym lub większym rozczarowaniem. Owszem, zdarzały
się przebłyski w postaci pojedynczych, dobrych (lecz nie wybitnych)
utworów, jednakże krążki „Metal Black”, „Hell” i „Fallen
Angels”, jako twory całościowe, broniły się raczej słabo.
Według mnie były zwyczajnie nudne i przewidywalne, a ich brzmienie
można określić jako co najwyżej poprawne. „Ressurection” to
dla mnie ostatni album Venom, na którym cokolwiek się działo.
Ukazanie się „From The Very
Depths”, czternastego studyjnego dzieła grupy, nie wywołało u
mnie ulubionego dreszczu emocji. Nagrali, no to fajnie. Posłucham z
przyzwyczajenia. Jak to dobrze, że istnieje Spotify! No i
posłuchałem...
Bezsensowne i niepotrzebne intro na szczęście
jest krótkie. O wiele lepiej byłoby, gdyby krążek otwierał od
razu kolejny utwór – tytułowy „From The Very Depths”,
startujący od razu konkretną galopadą. Wściekle, szybko i
cholernie melodyjnie. Kawał świetnie zagranego thrash'n'roll. Łeb
sam zaczyna się kiwać. Jest dobrze! Venom postanowił nareszcie
uczciwie popracować, a efekty tej decyzji słychać.
Dalej
jest jeszcze lepiej. Rockowa melodyjność obficie podlana thrashową
mocą. Nieco wolniejszy od poprzedników „Smoke” zalatuje nieco
Testamentem z czasów „The Ritual”. „Long Haired Punks”
to z kolei wybuchowa mieszanka przebojowości Motörhead i dzikości
The Exploited. Niesamowicie energetyczny numer. W „Stigmata
Satanas” Venom wciąga słuchacza w dobrze mu znany klimat. Ciężki,
oleisty numer ze skandowanym refrenem. Ten utwór ma w sobie
wszystko, co najlepsze ze starego stylu grupy, a kolejny znakomicie
to kontynuuje.
W
„Evil Law”, pierwszy riff jest nieco Metallicowy. Włos na głowie
mi się zjeżył... Na szczęście numer błyskawicznie nabiera
właściwego kierunku stając się największym walcem na krążku.
Tłuściutki i gęsty. Sama esencja. Cały album jest dość
zróżnicowany. Ciężko naleźć w nim jakiekolwiek przestoje czy
nużące fragmenty. Klimat, choć spójny, nie jest jednostajny.
Ekipa Cronosa wydestylowała wszystko, co najbardziej
charakterystyczne ze swych najlepszych lat, łącząc to sprawnie z
najlepszymi dostępnymi składnikami. Wyszedł energetyzujący
koktajl mocy i przebojowości. Wciągający i uzależniający.
Niejednemu z pewnością odrodzi się dawno zapomniany venomoholizm.
„From The Very Depths” zwyczajnie nie da się ot tak porzucić po
jednym przesłuchaniu. Muzyka Venom A.D. 2015 z powrotem jest taka,
jak dawniej. Nieposkromione diabelstwo wylazło z nory!
Sława i
chwała odpowiedzialnym za produkcję tego albumu. Udało się im
bowiem połączyć znakomite, dopracowane brzmienie z jakże
niezbędnym rockowym brudem. Wypracowali tu idealne proporcje. Płyty
słucha się świetnie. Jest selektywna i czytelna, nie zatracając
przy tym całej swej pierwotnej energii. Nie ma tej wrednej
cukierkowości i sterylności, która w opinii wielu pogrzebała pod
sobą chociażby ostatni album Kreatora - „Phantom Antichrist”. W
przypadku Venom równowaga została świetnie zachowana.
Brytyjska
legenda nagrała w końcu dobry album. Nie jest to może
dzieło arcywybitne czy nowatorskie, lecz na tle ostatnich dokonań
formacji Venom, „From The Very Depths” wybija się hen wysoko.
Jest tu dużo starego, dobrego jadu. Są nawiązania do najlepszych
lat twórczości grupy. Do rutyny powróciła nuta prawdziwej pasji i
chęci. Forma Venom wyraźnie zwyżkuje. Oby ta tendencja się
utrzymała.
zespół:Hate album:"Crusade: Zero" wytwórnia: Napalm Records - 2015 skład: ATF Sinner - wokal, gitara Destroyer - gitara Pavulon - perkusja Heinrich - bas
utwory:
Vox Dei (A Call From Beyond) | Lord, Make Me an Instrument of Thy Wrath | Death Liberator | Leviathan | Doomsday Celebrities | Hate Is the Law | Valley of Darkness | Crusade: Zero | The Omnipresence | Rise Omega the Consequence | Dawn of War | Black Aura Debris | The Reaping (Bonus Track)
Moja przygoda z formacją Hate trwa już
wiele lat. W 1998 lub 1999 r., podczas koncertu w warszawskim klubie
Riviera Remont po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością
grupy. Muzycy promowali wówczas swój drugi album „Lord is
Avenger”. Pamiętam, że ich występ zrobił na mnie ogromne
wrażenie. Pomimo tradycyjnych kłopotów z właściwym nagłośnieniem
imprezy (w tamtych czasach klub Remont wybitnie brylował w
dziedzinie fatalnego brzmienia), Hate pokazał znakomitą sztukę.
Okrzyk „Hail Satan!”, wydany głębokim growlem przez ATF
Sinnera, nieodłączny element występów zespołu, rozpoczął
misterium brutalności i bluźnierstwa. Do dziś, na samo wspomnienie
koncertu, boli mnie kark. Kasetę „Lord is Avenger” mam nadal. Z
czasem dołączyła do niej wersja na CD.
Hate to zespół w swym działaniu
bardzo konsekwentny. Każdy kolejny album warszawskiej ekipy jest
godnym następcą swego poprzednika. Nie zdarzają się zejścia
poniżej pewnego poziomu. Muzyka Nienawiści to tradycyjny, potężny
techniczny death metal, grany z pasją, bogaty doświadczeniem
muzyków, zawsze przemyślany i znakomicie wyprodukowany. Z pewnością
nie jest to muzyka zaskakująca. Zespół nie bawi się w karkołomne
eksperymenty czy usilne artystyczne eksploracje. Ich twórczość bez
wątpienia stale ewoluuje, lecz odbywa się to łagodnym trybem. Hate
to zespół przyjemnie przewidywalny. Oczekiwanie na każdy kolejny
album przypomina wizytę w ulubionej, sprawdzonej restauracji, gdzie
znamy szefa kuchni, jego umiejętności i talent. I niby wiemy, czego
się spodziewać. To, że zamówione danie będzie wyborne, czujemy
już zanim przyjdzie nam go spróbować. A jednak czekamy w napięciu,
bo z góry zakładamy, iż maestro mimo wszystko dorzuci do potrawy
coś, co ożywi znany nam smak.
Od czasów albumu „Anaclasis - a
gospel of malice and hatred”, muzyka Hate stała się powtarzalna.
To nie zarzut, a jedynie stwierdzenie faktu. O ile płyta „Awakening
of the liar” niosła w swym brzmieniu całe pokłady młodzieńczej
jeszcze dzikości, o tyle kolejny krążek grupy zdawał się być
uporządkowany i wyrachowany – stworzony przez fachowców, którzy
znaleźli w końcu swoją własną ścieżkę i postanowili z niej
nie zbaczać, a przynajmniej nie za bardzo. Nienawiść obrała swój
kurs.
Słyszałem opinie, że „Morphosis”,
„Erebos” i „Solarflesh” to bliźniacze albumy. Swoista
metalowa trylogia. Istotnie, słuchając tych płyt po kolei, można
odnaleźć w ich brzmieniach dużą spójność. Spoiwem jest w tym
przypadku produkcja owych materiałów. Znakomita, klarowna i
dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Nieco zimna, bardzo
techniczna, wykonana z premedytacją wyrachowanych zawodowców. Hate
uparcie trzyma się swojego kierunku i robi to fenomenalnie. Każdy z
powyższych tytułów opowiada swoją historię. Każdy jest
samodzielnym dziełem. A że są między nimi podobieństwa? Cóż...
jak w każdym rodzeństwie. Jednakże pomimo bliskiego pokrewieństwa,
każdy z potomków ma swoje unikalne cechy, które kreują osobowość,
a tej dziełom Hate nigdy nie brakowało.
Rok 2015 rozpoczął się nadejściem
„Crusade: Zero” - dziewiątego studyjnego albumu warszawskiej
Nienawiści.
Zwyczajowo, krążek otwiera intro, po
którym na słuchacza powoli zaczyna najeżdżać walec. Płynnie,
melodyjnie, w otoczce bogatego gitarowego solo. Z nadejściem wokalu
robi się ciężko. Hate ponownie serwuje muzykę o gęstym, wręcz
oleistym klimacie, który szczelnie oblepia słuchacza. Otula
mrokiem, wciąga i hipnotyzuje. To diabelskie misterium, w którym
mimo wszystko znajduje się mnóstwo przestrzeni. Jest miejsce na
oddech i na zasłuchanie. W nienawistną muzykę wsiąka się po
uszy. Gęsta perkusja, ciągnące się, bogate solówki, transowe
riffy i wściekły growling Adama są jak gąbka chłonąca wszelkie
promienie światła. Ciemność jest tu absolutnie namacalna.
Słuchając „Crusade: Zero” tonie się w niej po uszy. Skandowane
do upadłego wersy, jak choćby mantryczny, wbijający się w głowę
„Abyss born Leviathan.”, potęgują tylko monumentalizm
przekazu, wciągając odbiorcę coraz głębiej i głębiej w
bezkresną otchłań, wprost za ostatni krąg piekieł, skąd
ucieczki już nie ma.
Każdy kolejny utwór poraża potężnym
brzmieniem. Skala na wadze dawno została przekroczona. Przytłoczeni
tonami szlachetnego metalowego kruszcu możemy tylko czekać końca.
A ten nie nadchodzi... I dobrze! Niech trwa! Wraz z upływem minut na liczniku odtwarzacza, Hate atakuje coraz mocniej, szybciej i precyzyjniej.
Kompozycje są bogate i różnorodne. Raz blast, raz solo, raz
wspólnie. To wściekle, to melodyjnie. Emocje są tu umiejętnie
dawkowane. Szalona jazda potrafi niespodziewanie, na moment, ustąpić
pola gitarowemu powiewowi łagodności. Moment taki nie trwa tu
długo. Potężna death metalowa machina rzadko zwalnia, a jeśli już
to wyłącznie na tyle, by stojący na jej drodze mogli wziąć
ostatni przed rozjechaniem wdech.
„I bring fire! I bring salvation!”
„Crusade: Zero” to płyta znakomita.
Dopracowana w każdym dźwięku. Stworzona przez ludzi świadomych
ich celu. Hate po raz kolejny nie zawodzi oczekiwań. Dostaliśmy
dokładnie to, na co czekaliśmy – sowitą porcję
najprzedniejszego death metalu. O to chodziło? O to! Hate
perfekcyjnie wywiązał się ze swej powinności, dostarczając fanom
to, na co czekali. A kto szuka czegoś więcej ponad konsekwentną
perfekcję – niech kontynuuje pod innym adresem. Nienawiść jest
stała. I to jej największa siła.
zespół: Dr Misio album:"Pogo" wytwórnia: Universal Music Polska - 2014 skład: Arkadiusz Jakubik - wokal Paweł Derentowicz - gitara Mario Matysek - gitara basowa Radek Kupis - klawisze Janek Prościński - perkusja utwory:
Pogo | Pedagogika | Sekta | Modlitwa | Metro | Powstaniec | Hipster | Klub Trup |
Ona wie | Wrzesień | Parada | Sam sobie
Jeszcze nie tak dawno, kiedy znany aktor brał się
za śpiewanie, najczęściej oznaczało to jedno: Przegląd Piosenki
we Wrocławiu. Wiersze Osieckiej, Młynarskiego albo Okudżawy czy w
nielicznych, ambitnych przypadkach tłumaczenia dzieł Nicka Cave'a.
Dramatycznie
przeinterpretowane wykonania, gibanie się nisko na nogach przed
mikrofonem i wreszcie wypuszczenie albumu nakładem fabryki płytowej
wypluwającej masowo wszelakie dzieła sztuki „wyższej” -
paskudnie wydane, źle brzmiące i potwornie męczące, choć nie jest to oczywiście regułą.
W 2008 roku na scenę muzyczną
zapragnął wskoczyć Arkadiusz Jakubik, aktor z gatunku tych, którzy
raczej na drobne się nie rozmieniają. Stanął przed mikrofonem
w powyciąganym podkoszulku na ramiączkach, znoszonych gaciach i w
okularach przeciwsłonecznych. Za nim ustawił się zespół czterech
muzyków. Przedstawili się Polsce jako Dr Misio. I zagrali
rocka! Płyta „Młodzi”, wydana w 2013 roku, narobiła sporo
szumu. Producentem materiału został mianowany Olaf Deriglasoff, zaś
do zaaranżowania dwóch z trzynastu utworów zaproszono Mateusza
Pospieszalskiego. Mało? To jeszcze dwa nazwiska: Varga i
Świetlicki. Ich teksty, a w zasadzie wiersze, to chyba
najistotniejszy element składowy działalności grupy Dr Misio. Przy
doborze warstwy słownej, Jakubik i ekipa nie poszli na łatwiznę.
Wręcz przeciwnie – wzięli na warsztat piekielnie trudne do
śpiewania poezje. Połamane, potrzaskane, ponure i mocne. Rymowanki?
Zbędne. Zespół udowodnił, że nawet tak „nieśpiewalny”
materiał można umiejętnie chwycić i wspaniale ubrać w dźwięki.
I to ostre, mroczne i dynamiczne. Do tego jeden teledysk w
reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Kolejny, będący dziełem
Krzysztofa Skoniecznego, otrzymał nominację do Złotej Żaby na
Festiwalu Camerimage. Mnóstwo koncertów, szybka reedycja płyty
„Młodzi” z dołączonym DVD live. Ufff... Ależ debiut!
Minął rok i Dr Misio ponownie
urodził, tym razem zapraszając słuchaczy do „Pogo”. Nazwiska
pozostały te same. Zwiększyła się natomiast rola Olafa
Deriglasoffa. Pan producent przyozdobił nowy materiał swoim niskim
głosem (w chórkach), a także wypełnił kompozycjami przestrzeń
pomiędzy utworami.
Teksty to ponownie dzieła Krzysztofa Vargi i
Marcina Świetlickiego. Pomiędzy nimi pojawił się także wiersz
„Ona wie” Norwida.
Jaka jest więc nowa płyta zespołu?
To naturalna następczyni albumu „Młodzi”. Styl formacji
pozostał, na szczęście, niezmieniony. Wciąż jest to kawał
porządnie zagranego, właściwie przybrudzonego miksu rock'n'rolla i
alternatywy. Wyraźnie wybija się wizja artystyczna Deriglasoffa,
który jako producent miał przecież znaczący wpływ na brzmienie
materiału. Kompozycje zdają się być bardziej przemyślane od
tych, które znalazły się na debiucie. Aranżacje są ciekawsze.
Bogactwo dźwięków sprawia, że na płycie nie ma „pustych
przelotów”. Każda z 46 minut została umiejętnie i z wyczuciem
wypełniona. Utwory płynnie przechodzą jeden w drugi. Taki stan
pięknie oddaje już sam tytuł krążka. „Pogo” wciąga, trwa,
narasta i wypuścić nie chce. Falujemy wraz z otaczającym nas
muzycznym oceanem. Raz sztorm a raz łagodna tafla, pod którą cały
czas coś się czai. To zdecydowanie nie jest basenik dla dzieci.
Arek Jakubik znowu jest tu po prostu
wokalistą zespołu rockowego. Dr Misio to nie kolejna jego rola.
Studio czy koncerty to nie plan filmowy. Nikt mu niczego nie narzuca.
Nie ma trzymającego za mordę reżysera. Jako frontman jest w swoim
żywiole, którym sam rządzi od początku do końca. Śpiewa to, co
sobie wybierze i „poczuje”. Emocje w jego głosie nie są
sztuczne czy wyuczone. On naprawdę spala się do cna wraz z każdym
kolejnym wersem. Każdy brud i każdy ból, jakim przepełnione są
wykonywane przez zespół poezje, Jakubik odczuwa najbardziej i
naprawdę. Bez aktorzenia. Ta szczerość w przekazie udziela się
słuchaczowi w bardzo silnej dawce. Po przesłuchaniu „Pogo” ma
się wrażenie, że właśnie wypełzło się z ludzkiego magla, by
po chwili wytchnienia bezwiednie na powrót do niego wejść. Teksty,
które trafiły na płytę to tradycyjnie już dzieła ciężkiego
kalibru. Przytłaczające i ponure. Mocno doprawione ironią i
gorzką, celną satyrą. Historie spisane przez wnikliwych
obserwatorów naszego świata nie głaszczą nas po głowach. Są jak
odłamki szkła wbijające się w ciało, wpadające do oczu, krążące
we krwi. Bolą, to oczywiste. Ale czego innego można się
spodziewać? Poezja zrodzona z syfu życia nie będzie kolorowa.
Włączając „Pogo” podejmujemy świadomą decyzję o wskoczeniu
do kanału, którym płyną uczucia i emocje. Silny prąd niesie ze
sobą przeróżne odpady ludzkiej codzienności. Te negatywne lecz
także te dobre, które trafiły tam przez zwykłą głupotę czy
zapomnienie i stopiły się w jednolity, oblepiający szlam.
po 5 łyżeczek Artyzmu (niezbyt
przesadnego) i Doświadczenia (jest niezbędne)
solidną miarkę Wirtuozerii
Ucieraj, aż składniki się połączą.
Teraz, ciągle mieszając, stopniowo
dodawaj:
kilka kropel silnie
skoncentrowanego ekstraktu z Arcturusa
szczyptę Dimmu Borgir (Naprawdę
odrobinę! Za duża dawka da ohydny posmak fastfoodu!)
resztki z Emperora (te trochę
starsze, bardziej soczyste)
garść kurzu z desek teatralnej
sceny (składnik trudno dostępny)
Gotową masę przełóż do kotła,
zalej wrzątkiem i gotuj, aż nadmiar zbędnego płynu odparuje.
Pij natychmiast. Na gorąco. Do dna!
Przyznam, że od bardzo dawna hasło
„symfoniczny black metal” wywołuje u mnie odruch wymiotny.
Muzyka z lodowatej Norwegii z założenia powinna być surowa i tak
wściekła, jak to tylko możliwe. Dla maniaków gatunku wyłącznie
pierwotna odmiana zasługuje na miano „czarnego metalu”.
W latach '90, na fali popularności
skandynawskich brzmień spod znaku odwróconego krzyża, na świecie
jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać wszelkiej maści twory
muzyczne, których celem było granie black metalu, ale tak nie do
końca... W dużym skrócie: „Jesteśmy źli! Szatan naszym
Panem! O, jaki śliczny pluszowy jednorożec!!”
Krzywo grające gitary, tłukącą
jednostajnie pojedynczą strunę basu i skrzeczący wokal dało się
bez problemu zamaskować prostym automatem perkusyjnym połączonym z
podniosłym brzmieniem keyboardu a'la wczesne Casio. Bum! I mamy
kapelę!
Na szczęście, w zalewie tej
jarmarcznej tandety, istnieją nieliczne perły, których twórczość
wybija się hen ponad zwyczajowy poziom około-blackmetalowego grania.
Aby taki przepis, jaki podałem zamiast
wstępu mógł się udać, koniecznym jest, by za jego przyrządzanie
zabrali się kucharze z najwyższej półki. Tacy, którzy potrafią
z wyczuciem żonglować przeróżnymi przyprawami, bez czytania
gotowych receptur perfekcyjnie dobrać ich proporcje, a na koniec
podać wszystko na czas, w odpowiedniej temperaturze i bez śladów
przypalenia.
Tacy właśnie ludzie tworzą ekipę
gotującą w wykwintnej restauracji o nazwie Vesania.
Zespół tworzy pięciu muzyków, a
przynajmniej trzech nich to wielkie indywidualności nie tylko
polskiej ale i światowej sceny metalowej. Orion, Daray i Heinrich –
tych panów nie trzeba nikomu przedstawiać. Z tego też powodu
Vesania często określana jest mianem „supergrupy”. Co ciekawe,
formacja powstała w 1997 roku, a zatem na długo zanim jej
poszczególni członkowie stali się powszechnie rozpoznawalni i
szanowani w metalowym środowisku. Zatem nie jest to ich projekt
poboczny, a właśnie macierzysty.
Tomasz „Orion” Wróblewski
kojarzony jest przede wszystkim jako basista grupy Behemoth. Na
pokładzie własnej formacji pełni funkcję autora tekstów,
wokalisty i gitarzysty. Czterostrunowe wiosło dzierży Filip
„Heinrich” Hałucha.
Jak znakomitym perkusistą jest Dariusz
„Daray” Brzozowski, wie każdy szanujący się metalowiec.
Masachist, Vader, Hunter czy ostatnio Dimmu Borgir – to bodajże
najważniejsze formacje, w których udzielał się lub wciąż się
udziela. Daray to bębniarz niezwykle wszechstronny. Thrash, death
czy black metal – wspaniale odnajduje się w każdym gatunku. Jego
umiejętności to prawdziwy skarb dla Vesanii, której muzyka zawiera
w sobie przeróżne wpływy. Drugą gitarą w zespole zawiaduje
Marcin „Valeo” Walenczykowski, który w swym muzycznym CV ma
między innymy grę w zespołach Mortis Dei czy Rootwater.
Krzysztof „Siegmar” Oloś odpowiada
za brzmienia elektroniczne, w których jest prawdziwym ekspertem. Z
jego usług regularnie korzysta dwóch tytanów death metalu –
Vader i Behemoth.
Prawdziwy metalowy Dream Team? Bez
wątpienia można tak powiedzieć.
„Deus Ex Machina” to czwarty
studyjny album Vesanii. Ukazał się aż siedem lat po swym
poprzedniku, znakomitym krążku „Distractive Killusions”, dzięki
któremu muzyka tego zespołu po raz pierwszy zagościła w moim
odtwarzaczu.
Każdy kolejny album zespołu jest
dźwiękowym dziedzicem wcześniejszych dzieł. Słychać
konsekwentne trzymanie się kursu obranego przed laty. Styl Vesanii
się nie zmienia. Jednocześnie nie można mówić o zjadaniu
własnego ogona. Płyty nie są swoimi klonami. W brzmieniu i
kompozycjach trwa nieustający progres. Skład zespołu tworzą wszak
muzycy o olbrzymim doświadczeniu, którego pomimo jakże
intensywnego życia artystycznego każdego z nich, nie zdołała
pożreć zgubna dla wielu rutyna. Ich najnowsze wydawnictwo
potwierdza, że komponowanie i nagrywanie w żadnym wypadku im się
nie przejadło. Wręcz przeciwnie – to okazja do wyrzucenia z
siebie tony spiętrzonych pomysłów, których nie byliby w stanie
zrealizować z Behemoth, Dimmu czy którymkolwiek innym zespołem. Te
emocje mają zarezerwowane dla Vesanii.
Eurypides stworzył pojęcie „Deus Ex
Machina” na potrzeby dramatu antycznego. „Bóg z maszyny” był
zsyłany w celu szybkiego i prostego wytłumaczenia widzom wszelkich
występujących w sztuce braków w logice. Sprawę załatwiało w
zasadzie już samo jego przywołanie (skąd my to dziś
znamy...?). Vesania swoją nową płytą rzuca słuchacza w sam
środek niesamowitego spektaklu teatralnego. Czasem ma się wrażenie
uczestniczenia w przedziwnym scenicznym misterium („Innocence”),
by już za chwilę zasiąść w wagoniku rozpędzonego rollercoastera
gnającego przez opustoszały, mroczny lunapark
(„Disillusion”). Przez duszne, zakurzone komnaty, oślepiające
lodowe przestrzenie aż do piekielnej kuźni Hefajstosa. Klimat płyty
zmienia się jak w czarcim kalejdoskopie. Wściekły wrzask
przeplatany partiami czystego, spokojnego wokalu. Grające
nieustająco klawisze miotają nastrojami. Raz dudnią echem odbitym
od samego dna otchłani, by zaraz gwałtownie wystrzelić w pustkę
kosmosu.
Ileż w tej muzyce elegancji! Ile
piękna i wirtuozerii! Ile emocji! Dziesięć utworów trwających
łącznie ponad 50 minut. Idealnie wyważone proporcje. Ani za
krótko, ani zbyt długo. Gdy album się kończy, odruchowo wciska
się ponownie klawisz „play”, a z każdym kolejnym przesłuchaniem
słyszy się w tym materiale coraz więcej i więcej. Osobiście
polecam słuchać „Deus Ex Machina” na dobrej klasy słuchawkach
nausznych. Żadne dokanałowe badziewia! (zabiją całą
przyjemność).
Mówi się, że w muzyce wszystko co
było do zagrania – zostało już zagrane. Pewnie jest w tym
twierdzeniu sporo prawdy. Nie da się uniknąć porównań między
poszczególnymi wykonawcami. Nie sposób nie wysłyszeć w danej
muzyce przeróżnych wpływów, zwłaszcza gdy odbiorca jest
porządnie osłuchany. W muzyce serwowanej przez zespół Vesania
słyszę klimaty rodem z twórczości Arcturusa, którego teatralna
maniera potrafi trwale wryć się w pamięć. Jest tu również dużo
z Emperora, a ściślej – z samego Ihsahna, artysty o niebywale
szerokich muzycznych horyzontach. Na początku wspomniałem też o
naleciałościach rodem z Dimmu Borgir, lecz po wielokrotnym
przesłuchaniu płyty „Deus Ex Machina”, delikatnie (acz nie
całkiem) się z tego wycofam. Ośmielę się jednak stwierdzić, że
Shagrath i spółka bardzo chcieliby móc zabrzmieć jak Vesania,
jednakże wtedy mogliby zapomnieć o uwielbieniu wśród mrocznych
nastolatków. Muzyka polskiej formacji jest bowiem zbyt trudna w
odbiorze, by bezboleśnie trafić do uszu zapatrzonych w norweskiego
giganta mainstreamowych metalowców.
Naprawdę bardzo chciałbym móc się
do czegokolwiek w „Deus Ex...” przyczepić. I nawet miałem
niewielki punkt zaczepienia w tej sprawie. Niestety, argument upadł
z hukiem. O co chodziło?
Słuchając płyty w samochodzie (bo
najczęściej tam słucham muzyki) odniosłem niemiłe wrażenie, że
brzmienie albumu jest dziwnie płaskie, można rzec: plastikowe. Nie
mam w aucie słabego systemu grającego. Większość opisywanych tu
płyt przyswajałem właśnie w czasie jazdy i nigdy nie miałem
zastrzeżeń. A tutaj były i to poważne. Żadne ustawienia nie
zmieniły moich odczuć.
Dopiero gdy odpaliłem krążek na
domowym sprzęcie usłyszałem pełnię dźwięku. Pojawiła się
oczekiwana głębia i przestrzeń. To samo na słuchawkach –
rewelacyjne brzmienie. No i w ten sposób szlag trafił całe
moje marudzenie...
Vesania - „Deus Ex Machina” to dla
mnie jeden z najlepszych albumów rodzimego metalu w 2014 roku.
Polecam jak cholera!
zespół:DECAPITATED album:"Blood Mantra" wytwórnia: Mystic Production - 2014 skład: Wacław "Vogg" Kiełtyka - gitary, akordeon Rafał "Rasta" Piotrowski - wokal Paweł Pasek - bas Michał Łysejko - perkusja utwory: Exiled in Flesh | The Blasphemous Psalm to The Dummy God Creation | Veins | Blood Mantra | Nest | Instinct | Blindness | Red Sun | Moth Defect
Prawdopodobieństwo, że jakikolwiek
inny zespół deathmetalowy na świecie tak często i tak bardzo
osobiście doświadczał w przebiegu kariery realnej obecności
Śmierci, jest praktycznie zerowe. Milcząca postać z kosą zdaje się
nieustannie trwać w pobliżu, odciskając swą obecnością silne
piętno zarówno na twórczości grupy, jak i niestety także na
życiu muzyków. Tragiczny w skutkach wpadek samochodowy
sprzed siedmiu lat, kosztował życie Vitka, zaś Covan do dziś
pozostaje w stanie uniemożliwiającym mu powrót do normalnego
funkcjonowania. Równo cztery lata po śmierci Witolda
Kiełtyki, 1 listopada 2011 r., cień Ponurego Żniwiarza ponownie zamajaczył
za plecami członków zespołu, gdy wracając do Polski z USA, ich
samolot lądował awaryjnie bez podwozia na warszawskim Okęciu. Tak, choć brzmi to dość przerażająco, o Decapitated można powiedzieć, że to
formacja w jakimś stopniu „naznaczona”, a nazwa gatunku muzycznego, death metal, w ich przypadku nabiera dodatkowego, wręcz dosłownego znaczenia. Jednocześnie zespół ten można
śmiało określić słowem coraz rzadziej używanym, lecz znakomicie
oddającym ich hart ducha. To słowo, to: niezłomni.
" (...) No prayers, our silence is our speech.
No bread, our fear is our feed.
No light, our blindness is our hope.
No warmth, our coldness is our force. (...)"
/"Moth Defect"/
Album „Blood Mantra” jest szóstym
studyjnym krążkiem Decapitated. Ze składu, który w 2011 roku
nagrywał „Carnival is Forever”, na pokładzie pozostali Wacław
„Vogg” Kiełtyka oraz Rafał „Rasta” Piotrowski, który tym
razem, poza funkcją wokalisty, jest także autorem wszystkich
tekstów (na „Carnival...” za warstwę słowną odpowiadał
Jarosław Szubrycht).
Na swej najnowszej płycie, krośnieńscy
metalowcy wytrwale podążają obraną wiele lat temu ścieżką.
Nadal jest to znakomicie zagrany, intensywnie brutalny, technicznie
doskonały death metal. Nie ma tu artystycznego poszukiwania na siłę.
Brak eksperymentów, kombinowania i prób zaskoczenia słuchacza
czymś „nowym i odkrywczym”. Jest za to twarda konsekwencja, z
jaką muzycy serwują nam kolejne porcje wściekłych dźwięków.
Właśnie ta „dzikość” jest znakiem rozpoznawczym Decap.
Brzmienia tego zespołu nie da się już pomylić z żadnym innym.
Wypracowanie własnego, charakterystycznego stylu w muzyce
ekstremalnej to obecnie nie lada sztuka. Wiele kapel death czy
blackmetalowych przez lata nagrywa praktycznie tę samą płytę,
stawiając wyłącznie na coraz większą szybkość i brutalność,
zatracając przy tym jakiekolwiek emocje. Inaczej jest w przypadku
Decapitated. Ekipa kierowana przez Vogg'a tworzy
muzykę, w której głównym elementem składowym, oprócz
instrumentów i głosu jest coś więcej – potężna energia
płynąca właśnie z emocji. Doświadczenie i dojrzałość członków
zespołu przekłada się nie tylko na perfekcję w graniu. Przekaz
zawarty w utworach „Blood Mantra” jest niezwykle silny. Trafia do
słuchacza nie tylko przez jego uszy. Tego albumu słucha się całym
sobą. Chłonie się go, nasiąka nim. Klimat płyty niemalże
oblepia skórę, wżera się w ciało. Po plecach pełzną dreszcze.
Płyta zawiera dziewięć kompozycji.
Mało? W żadnym wypadku! Utwory są bardzo rozbudowane, a ponad
połowa z nich trwa powyżej 5 minut (najdłuższy ma ich ponad 7).
Wszystkie numery są bardzo bogate w brzmienia. Niejednostajne,
ciekawie zaaranżowane. Transowe i przykuwające uwagę. Perkusja łoi niemiłosiernie. Podwójny
kick jest jak precyzyjnie mierzone serie karabinów maszynowych.
Charakterystycznie "bzyczące" gitary tną bezlitośnie, a wściekły wrzask, jakim raczy nas Rasta
dopełnia przyjemnego wrażenia obcowania z perfekcyjnie zestrojonym
mechanizmem.
W kwestii wokalu, przyznam bez bicia,
że moje pierwsze zetknięcie się z głosem Rafała Piotrowskiego,
przy okazji „Carnival is Forever”, obfitowało w mieszane
uczucia. Nie byłem do niego zupełnie przekonany. Ogólne brzmienie
zespołu zdawało mi się nie współgrać ze stylem wokalisty.
Uparłem się jednak i słuchałem tamtej płyty do upadłego. I w
końcu chwyciło! Na „Blood Mantra” partie wokalne od początku
trafiły w mój gust. Być może także sam Rasta, przez tych kilka
lat w zespole, naturalnie wkomponował się w muzykę. Teraz to już
jeden organizm. Wracając do zawartości płyty –
nawet po jej wielokrotnym przesłuchaniu nie potrafię wskazać
poszczególnych numerów jako moich zdecydowanych faworytów. Tej
płyty należy słuchać jak jednej całości. Porwanie materiału na
fragmenty w postaci pojedynczych utworów odbiera mu bowiem jego
największy atut – spójność.
Są tu oczywiście „perełki”,
które bardziej wchodzą w głowę. Na pewno jest to dynamiczny i
niemal przebojowy „Nest” czy hipnotyzujący i wciągający
„Blindness” płynnie przechodzący w wyciszający „Red Sun”
oraz wyborny i arcyintensywny „The Blasphemous Psalm To the Dummy
God Creation”, w którym Rasta chwilami przechodzi samego siebie.
Poziom produkcyjny płyty, tradycyjnie
już, reprezentuje najwyższy światowy poziom. Brzmienie klarowne,
selektywne i potężne. Przy całej postprodukcyjnej prefekcji, udało
się zachować lekki „brud”, tak ważny w tego typu muzyce.
Uwagę zwraca także świetna oprawa
graficzna albumu, której autorem jest Łukasz Jaszak, artysta
współpracujący z wieloma wykonawcami sceny metalowej, w tym m.in.
z Vomitory, Azarath, Emperor czy Alcest.
W digipacku, poza płytą audio,
znajduje się także krążek DVD. Jego zawartość nieco mnie
rozczarowała. Oczekiwałem porządnego materiału making-of,
ciekawego raportu ze studia, może jakiejś porcji zakulisowych
smaczków. To ostatnie w sumie dostałem. Niestety, materiał wideo
zatytułowany „Diary 2010 - 2014” okazał się być w zasadzie
klipem posklejanym nieco chaotycznie z różnego rodzaju filmików
kręconych telefonami i/lub małymi kamerkami. Oczywiście osoba
śledząca karierę Decapitated bez trudu rozpozna w nim ludzi i
sytuacje, a także dopatrzy się pewnej chronologii zdarzeń,
jednakże bardziej przypadkowy widz zapyta po prostu: co to, kurde,
było? Zaiste, lepszym miejscem dla takich produkcji jest YouTube
niż oddzielny bonus DVD. Szczęśliwie, dodatkowa płyta nie wpływa
tutaj na sklepową cenę „Blood Mantra”, a gruby digi fajniej
wygląda na półce. Przynajmniej miałem się do czego
przyczepić.
„Blood Mantra” zadebiutował w USA
w czołówce listy Billboard'u. Płyta zbiera znakomite recenzje na
całym świecie. Plany koncertowe Decapitated wyglądają imponująco.
Wszystko wskazuje na to, że zespół ten wszelkiego rodzaju
nieszczęścia i dramaty pozostawił już daleko za sobą.
I oby tak dalej!
Dopisek aktualizacyjny z dnia 25.10.2014 r.: Niestety, muzycy grupy Decapitated ponownie ucierpieli w wypadku samochodowym... W piątek, 24 października, bus którym zespół podróżuje po USA w trasie koncertowej z GWAR, uległ wypadkowi w drodze do Nowego Orleanu. Szczęśliwie, tym razem nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń. Trasa będzie kontynuowana.