zespół:BEHEMOTH album: "God=Dog" /single - vinyl 7"/ wytwórnia: New Aeon Musick - 2018 skład: Nergal - wokal, gitara Inferno - bębny Orion - gitara basowa Seth - gitara utwory:
Side Solve: "God=Dog" (album version)
Side Coagvla: "God=Dog" (alternate version)
"Czyż miałby Bóg mieszkać w psie? Nie! Lecz ci najwyżsi są spośród nas. Oni się będą radować, nasi wybrańcy: nie jest z nas ten, kto się smuci."
Aleister Crowley "Księga Prawa" II:19 (tłumaczenie ze strony thelema.pl)
2 sierpnia 2018 roku, po trwającej cztery lata twórczej ciąży, Pomorska Bestia rozpoczęła poród. Jako pierwszy wychynął z jej trzewi sam Bóg. Bóg równy psu. "God=Dog". Singiel - morderca. Kusi melodią, spokojnym rytmem. Zachęca: "Głośniej. Zrób głośniej!" I wtedy uderza z całą mocą. Są ciary. Jest dobrze! Tekst inspirowany fragmentem crowleyowskiej filozofii zaczerpniętej z Księgi Prawa. Oprawiony bogato zaaranżowaną muzyką. Wykrzyczany niczym w amoku. Wyśpiewany zawodzącą, kapłańską manierą. Skandowany chórem dziecięcych głosów pod batutą growlingu. Ależ to intensywny i przepełniony pasją utwór!
fot: Djevelen | 130dB/h
Teledysk, który powstał do singla "God=Dog", odważnie i bezczelnie wznosi sztukę bluźnierstwa na nowy, nieosiągalny dotąd poziom. "Ołtarz z Isenheim" Grunewalda, "Objawienie apostoła Piotra przed św. Piotrem Nolasco" pędzla Francisco de Zurbarana, "Męczeństwo św. Bartłomieja" z tryptyku Jaume Hugueta czy wreszcie fragment "Sądu Ostatecznego" Hansa Memlinga - sceny inspirowane tymi wybitnymi dziełami sztuki przepływają przed oczami niczym ekspozycja z plugawego muzeum. Inscenizacje te zachwycają poziomem realizacji. Scenografia, charakteryzacja, rekwizyty, statyści - dbałość o szczegóły jest tu nieprawdopodobna. Farba i płótno zastąpione kamerą i światłem. Całość wchłania widza, rzucając go w sam środek cyfrowego malowidła. Uczta dla oczu, szpryca dla rozumu, głębokie rany cięte w uczuciach religijnych. Kolejny raz: Brawo! Teledysk można obejrzeć pod tym linkiem.
fot: Djevelen | 130 dB/h
Nie sposób pominąć kwestii oprawy graficznej singla, która tradycyjnie już stoi na bardzo wysokim poziomie. Wydawnictwa sygnowane logo Behemotha projektowane są zawsze niezwykle estetycznie, zaś druk wykonywany jest na materiałach wysokiej jakości. Nie inaczej jest w przypadku "God=Dog". Kartonik skrywający płytę ma przyjemną fakturę i wystarczającą grubość, by zapewnić zawartości bezpieczne przechowywanie. Wytłoczono w nim złote napisy i symbole, co dodało wydawnictwu elegancji. Wewnątrz, poza krążkiem znajduje się minimalistyczna wkładka informacyjna. Wystarczy.
Autorem artworku na okładce jest włoski malarz i rzeźbiarz Nicola Samori. Za projekt graficzny odpowiada Bartek Rogalewicz.
Behemoth wciąż dojrzewa, poszukuje, doskonali się, dopieszcza. Jego znakomicie rozpoznawalnym stylem nie targają rewolucje. Ewoluuje on natomiast w elegancki, nienachalny sposób. Naturalnie i niespiesznie.
fot: Mateusz Orliński Dreamland Studio
Kiedy w kwietniu zapytałem Nergala o szczegóły dotyczące nadchodzącej płyty, odpowiedział z szelmowskim uśmiechem: "Posypią się pozwy". Czy miał rację, czas pokaże.Jedno jest pewne: nowe dzieło zespołu nie przemknie niezauważone.
Premiera 11 albumu Pomorskiej Bestii, noszącego tytuł "I loved you at your darkest" zapowiedziana jest na 5 października 2018 roku. Czarny Adwent czas zacząć. Jego kalendarzem niech będą kolejne newsy, fragmenty oprawy graficznej czy może następne single, których publikacjami Behemoth będzie podsycał i tak porządnie już rozpalony ogień.
po 5 łyżeczek Artyzmu (niezbyt
przesadnego) i Doświadczenia (jest niezbędne)
solidną miarkę Wirtuozerii
Ucieraj, aż składniki się połączą.
Teraz, ciągle mieszając, stopniowo
dodawaj:
kilka kropel silnie
skoncentrowanego ekstraktu z Arcturusa
szczyptę Dimmu Borgir (Naprawdę
odrobinę! Za duża dawka da ohydny posmak fastfoodu!)
resztki z Emperora (te trochę
starsze, bardziej soczyste)
garść kurzu z desek teatralnej
sceny (składnik trudno dostępny)
Gotową masę przełóż do kotła,
zalej wrzątkiem i gotuj, aż nadmiar zbędnego płynu odparuje.
Pij natychmiast. Na gorąco. Do dna!
Przyznam, że od bardzo dawna hasło
„symfoniczny black metal” wywołuje u mnie odruch wymiotny.
Muzyka z lodowatej Norwegii z założenia powinna być surowa i tak
wściekła, jak to tylko możliwe. Dla maniaków gatunku wyłącznie
pierwotna odmiana zasługuje na miano „czarnego metalu”.
W latach '90, na fali popularności
skandynawskich brzmień spod znaku odwróconego krzyża, na świecie
jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać wszelkiej maści twory
muzyczne, których celem było granie black metalu, ale tak nie do
końca... W dużym skrócie: „Jesteśmy źli! Szatan naszym
Panem! O, jaki śliczny pluszowy jednorożec!!”
Krzywo grające gitary, tłukącą
jednostajnie pojedynczą strunę basu i skrzeczący wokal dało się
bez problemu zamaskować prostym automatem perkusyjnym połączonym z
podniosłym brzmieniem keyboardu a'la wczesne Casio. Bum! I mamy
kapelę!
Na szczęście, w zalewie tej
jarmarcznej tandety, istnieją nieliczne perły, których twórczość
wybija się hen ponad zwyczajowy poziom około-blackmetalowego grania.
Aby taki przepis, jaki podałem zamiast
wstępu mógł się udać, koniecznym jest, by za jego przyrządzanie
zabrali się kucharze z najwyższej półki. Tacy, którzy potrafią
z wyczuciem żonglować przeróżnymi przyprawami, bez czytania
gotowych receptur perfekcyjnie dobrać ich proporcje, a na koniec
podać wszystko na czas, w odpowiedniej temperaturze i bez śladów
przypalenia.
Tacy właśnie ludzie tworzą ekipę
gotującą w wykwintnej restauracji o nazwie Vesania.
Zespół tworzy pięciu muzyków, a
przynajmniej trzech nich to wielkie indywidualności nie tylko
polskiej ale i światowej sceny metalowej. Orion, Daray i Heinrich –
tych panów nie trzeba nikomu przedstawiać. Z tego też powodu
Vesania często określana jest mianem „supergrupy”. Co ciekawe,
formacja powstała w 1997 roku, a zatem na długo zanim jej
poszczególni członkowie stali się powszechnie rozpoznawalni i
szanowani w metalowym środowisku. Zatem nie jest to ich projekt
poboczny, a właśnie macierzysty.
Tomasz „Orion” Wróblewski
kojarzony jest przede wszystkim jako basista grupy Behemoth. Na
pokładzie własnej formacji pełni funkcję autora tekstów,
wokalisty i gitarzysty. Czterostrunowe wiosło dzierży Filip
„Heinrich” Hałucha.
Jak znakomitym perkusistą jest Dariusz
„Daray” Brzozowski, wie każdy szanujący się metalowiec.
Masachist, Vader, Hunter czy ostatnio Dimmu Borgir – to bodajże
najważniejsze formacje, w których udzielał się lub wciąż się
udziela. Daray to bębniarz niezwykle wszechstronny. Thrash, death
czy black metal – wspaniale odnajduje się w każdym gatunku. Jego
umiejętności to prawdziwy skarb dla Vesanii, której muzyka zawiera
w sobie przeróżne wpływy. Drugą gitarą w zespole zawiaduje
Marcin „Valeo” Walenczykowski, który w swym muzycznym CV ma
między innymy grę w zespołach Mortis Dei czy Rootwater.
Krzysztof „Siegmar” Oloś odpowiada
za brzmienia elektroniczne, w których jest prawdziwym ekspertem. Z
jego usług regularnie korzysta dwóch tytanów death metalu –
Vader i Behemoth.
Prawdziwy metalowy Dream Team? Bez
wątpienia można tak powiedzieć.
„Deus Ex Machina” to czwarty
studyjny album Vesanii. Ukazał się aż siedem lat po swym
poprzedniku, znakomitym krążku „Distractive Killusions”, dzięki
któremu muzyka tego zespołu po raz pierwszy zagościła w moim
odtwarzaczu.
Każdy kolejny album zespołu jest
dźwiękowym dziedzicem wcześniejszych dzieł. Słychać
konsekwentne trzymanie się kursu obranego przed laty. Styl Vesanii
się nie zmienia. Jednocześnie nie można mówić o zjadaniu
własnego ogona. Płyty nie są swoimi klonami. W brzmieniu i
kompozycjach trwa nieustający progres. Skład zespołu tworzą wszak
muzycy o olbrzymim doświadczeniu, którego pomimo jakże
intensywnego życia artystycznego każdego z nich, nie zdołała
pożreć zgubna dla wielu rutyna. Ich najnowsze wydawnictwo
potwierdza, że komponowanie i nagrywanie w żadnym wypadku im się
nie przejadło. Wręcz przeciwnie – to okazja do wyrzucenia z
siebie tony spiętrzonych pomysłów, których nie byliby w stanie
zrealizować z Behemoth, Dimmu czy którymkolwiek innym zespołem. Te
emocje mają zarezerwowane dla Vesanii.
Eurypides stworzył pojęcie „Deus Ex
Machina” na potrzeby dramatu antycznego. „Bóg z maszyny” był
zsyłany w celu szybkiego i prostego wytłumaczenia widzom wszelkich
występujących w sztuce braków w logice. Sprawę załatwiało w
zasadzie już samo jego przywołanie (skąd my to dziś
znamy...?). Vesania swoją nową płytą rzuca słuchacza w sam
środek niesamowitego spektaklu teatralnego. Czasem ma się wrażenie
uczestniczenia w przedziwnym scenicznym misterium („Innocence”),
by już za chwilę zasiąść w wagoniku rozpędzonego rollercoastera
gnającego przez opustoszały, mroczny lunapark
(„Disillusion”). Przez duszne, zakurzone komnaty, oślepiające
lodowe przestrzenie aż do piekielnej kuźni Hefajstosa. Klimat płyty
zmienia się jak w czarcim kalejdoskopie. Wściekły wrzask
przeplatany partiami czystego, spokojnego wokalu. Grające
nieustająco klawisze miotają nastrojami. Raz dudnią echem odbitym
od samego dna otchłani, by zaraz gwałtownie wystrzelić w pustkę
kosmosu.
Ileż w tej muzyce elegancji! Ile
piękna i wirtuozerii! Ile emocji! Dziesięć utworów trwających
łącznie ponad 50 minut. Idealnie wyważone proporcje. Ani za
krótko, ani zbyt długo. Gdy album się kończy, odruchowo wciska
się ponownie klawisz „play”, a z każdym kolejnym przesłuchaniem
słyszy się w tym materiale coraz więcej i więcej. Osobiście
polecam słuchać „Deus Ex Machina” na dobrej klasy słuchawkach
nausznych. Żadne dokanałowe badziewia! (zabiją całą
przyjemność).
Mówi się, że w muzyce wszystko co
było do zagrania – zostało już zagrane. Pewnie jest w tym
twierdzeniu sporo prawdy. Nie da się uniknąć porównań między
poszczególnymi wykonawcami. Nie sposób nie wysłyszeć w danej
muzyce przeróżnych wpływów, zwłaszcza gdy odbiorca jest
porządnie osłuchany. W muzyce serwowanej przez zespół Vesania
słyszę klimaty rodem z twórczości Arcturusa, którego teatralna
maniera potrafi trwale wryć się w pamięć. Jest tu również dużo
z Emperora, a ściślej – z samego Ihsahna, artysty o niebywale
szerokich muzycznych horyzontach. Na początku wspomniałem też o
naleciałościach rodem z Dimmu Borgir, lecz po wielokrotnym
przesłuchaniu płyty „Deus Ex Machina”, delikatnie (acz nie
całkiem) się z tego wycofam. Ośmielę się jednak stwierdzić, że
Shagrath i spółka bardzo chcieliby móc zabrzmieć jak Vesania,
jednakże wtedy mogliby zapomnieć o uwielbieniu wśród mrocznych
nastolatków. Muzyka polskiej formacji jest bowiem zbyt trudna w
odbiorze, by bezboleśnie trafić do uszu zapatrzonych w norweskiego
giganta mainstreamowych metalowców.
Naprawdę bardzo chciałbym móc się
do czegokolwiek w „Deus Ex...” przyczepić. I nawet miałem
niewielki punkt zaczepienia w tej sprawie. Niestety, argument upadł
z hukiem. O co chodziło?
Słuchając płyty w samochodzie (bo
najczęściej tam słucham muzyki) odniosłem niemiłe wrażenie, że
brzmienie albumu jest dziwnie płaskie, można rzec: plastikowe. Nie
mam w aucie słabego systemu grającego. Większość opisywanych tu
płyt przyswajałem właśnie w czasie jazdy i nigdy nie miałem
zastrzeżeń. A tutaj były i to poważne. Żadne ustawienia nie
zmieniły moich odczuć.
Dopiero gdy odpaliłem krążek na
domowym sprzęcie usłyszałem pełnię dźwięku. Pojawiła się
oczekiwana głębia i przestrzeń. To samo na słuchawkach –
rewelacyjne brzmienie. No i w ten sposób szlag trafił całe
moje marudzenie...
Vesania - „Deus Ex Machina” to dla
mnie jeden z najlepszych albumów rodzimego metalu w 2014 roku.
Polecam jak cholera!