zespół:BEHEMOTH album: "God=Dog" /single - vinyl 7"/ wytwórnia: New Aeon Musick - 2018 skład: Nergal - wokal, gitara Inferno - bębny Orion - gitara basowa Seth - gitara utwory:
Side Solve: "God=Dog" (album version)
Side Coagvla: "God=Dog" (alternate version)
"Czyż miałby Bóg mieszkać w psie? Nie! Lecz ci najwyżsi są spośród nas. Oni się będą radować, nasi wybrańcy: nie jest z nas ten, kto się smuci."
Aleister Crowley "Księga Prawa" II:19 (tłumaczenie ze strony thelema.pl)
2 sierpnia 2018 roku, po trwającej cztery lata twórczej ciąży, Pomorska Bestia rozpoczęła poród. Jako pierwszy wychynął z jej trzewi sam Bóg. Bóg równy psu. "God=Dog". Singiel - morderca. Kusi melodią, spokojnym rytmem. Zachęca: "Głośniej. Zrób głośniej!" I wtedy uderza z całą mocą. Są ciary. Jest dobrze! Tekst inspirowany fragmentem crowleyowskiej filozofii zaczerpniętej z Księgi Prawa. Oprawiony bogato zaaranżowaną muzyką. Wykrzyczany niczym w amoku. Wyśpiewany zawodzącą, kapłańską manierą. Skandowany chórem dziecięcych głosów pod batutą growlingu. Ależ to intensywny i przepełniony pasją utwór!
fot: Djevelen | 130dB/h
Teledysk, który powstał do singla "God=Dog", odważnie i bezczelnie wznosi sztukę bluźnierstwa na nowy, nieosiągalny dotąd poziom. "Ołtarz z Isenheim" Grunewalda, "Objawienie apostoła Piotra przed św. Piotrem Nolasco" pędzla Francisco de Zurbarana, "Męczeństwo św. Bartłomieja" z tryptyku Jaume Hugueta czy wreszcie fragment "Sądu Ostatecznego" Hansa Memlinga - sceny inspirowane tymi wybitnymi dziełami sztuki przepływają przed oczami niczym ekspozycja z plugawego muzeum. Inscenizacje te zachwycają poziomem realizacji. Scenografia, charakteryzacja, rekwizyty, statyści - dbałość o szczegóły jest tu nieprawdopodobna. Farba i płótno zastąpione kamerą i światłem. Całość wchłania widza, rzucając go w sam środek cyfrowego malowidła. Uczta dla oczu, szpryca dla rozumu, głębokie rany cięte w uczuciach religijnych. Kolejny raz: Brawo! Teledysk można obejrzeć pod tym linkiem.
fot: Djevelen | 130 dB/h
Nie sposób pominąć kwestii oprawy graficznej singla, która tradycyjnie już stoi na bardzo wysokim poziomie. Wydawnictwa sygnowane logo Behemotha projektowane są zawsze niezwykle estetycznie, zaś druk wykonywany jest na materiałach wysokiej jakości. Nie inaczej jest w przypadku "God=Dog". Kartonik skrywający płytę ma przyjemną fakturę i wystarczającą grubość, by zapewnić zawartości bezpieczne przechowywanie. Wytłoczono w nim złote napisy i symbole, co dodało wydawnictwu elegancji. Wewnątrz, poza krążkiem znajduje się minimalistyczna wkładka informacyjna. Wystarczy.
Autorem artworku na okładce jest włoski malarz i rzeźbiarz Nicola Samori. Za projekt graficzny odpowiada Bartek Rogalewicz.
Behemoth wciąż dojrzewa, poszukuje, doskonali się, dopieszcza. Jego znakomicie rozpoznawalnym stylem nie targają rewolucje. Ewoluuje on natomiast w elegancki, nienachalny sposób. Naturalnie i niespiesznie.
fot: Mateusz Orliński Dreamland Studio
Kiedy w kwietniu zapytałem Nergala o szczegóły dotyczące nadchodzącej płyty, odpowiedział z szelmowskim uśmiechem: "Posypią się pozwy". Czy miał rację, czas pokaże.Jedno jest pewne: nowe dzieło zespołu nie przemknie niezauważone.
Premiera 11 albumu Pomorskiej Bestii, noszącego tytuł "I loved you at your darkest" zapowiedziana jest na 5 października 2018 roku. Czarny Adwent czas zacząć. Jego kalendarzem niech będą kolejne newsy, fragmenty oprawy graficznej czy może następne single, których publikacjami Behemoth będzie podsycał i tak porządnie już rozpalony ogień.
Patrick
Seth Bilmorgh – gitara Nameless
Immenus – gitara
Groshek
– bębny
Rothep
Patiel – bas
utwory:
Tetrawind | Tetrawater | Tetrafire | Tetraearth
Zacznę od cofnięcia się
o pięć lat. W 2011 roku Nomad wydał album, który
wywołał u mnie gwałtowny opad szczęki.
Płyta zatytułowana „Transmigration of
Consciousness” to czterdzieści minut fenomenalnych dźwięków,
którym nawet na chwilę nie ośmiela się przeszkodzić cisza. Nie
istnieje tu pojęcie przerwy między utworami. Każda sekunda krążka
została po brzegi zagospodarowana przez najmroczniejszą z mrocznych
treść.
Kto nie słuchał „Transmigration...”,
powinien tę zaległość nadrobić jeszcze przed wrzuceniem do
odtwarzacza ostatniej płyty formacji z Opoczna. „Tetramorph” jest
bowiem dźwiękowym dziedzicem swego poprzednika. Dziedzicem, który
choć wystarczająco uzbrojony w mocne i szlachetne geny, postanawia
nadal ewoluować.
Tetramorf – symbol czwórpostaci, znany już
od czasów kultu boga Mitry. Wizualizacja czterech najważniejszych
gwiazdozbiorów Babilonu. Byk, Lew, Orzeł oraz Wodnik / Człowiek.
Personifikacja czterech żywiołów. Wielowiekowy, uniwersalny znak
wiedzy, nauki i natury, a także magii czy religii. To na nim Nomad
oparł filozofię swego mini albumu.
fot: Burning Abyss 'zine
„Tetramorph” to, a jakże, cztery utwory,
utrzymane w rozpoznawalnym, charakterystycznym dla Nomad stylu. Jest
to oczywiście death metal wysokiej jakości. Rozbudowane, lecz nie
rozwlekłe, kompozycje nie są zwyczajną ścianą brutalnego
jazgotu. Bogate aranżacje obfitują w zmiany tempa, klimatu i
nastroju.
Piętnaście minut, bo tyle trwa opisywana
przeze mnie płyta, upływa błyskawicznie. Otwierający ją,
dynamiczny i doskonale wprowadzający w album „Tetrawind”
niepostrzeżenie przechodzi w transowy, wciągający „Tetrawater”.
„Tetrafire” to według mnie najbardziej rozbudowany i diabelnie
chwytliwy numer, który konkretnie wkręca się w głowę. Płytę
zamyka „Tetraearth”. Niczym wyszeptana zaschniętym gardłem
modlitwa, przemija nie wiadomo kiedy.
Utwory na krążku wzajemnie się uzupełniają. Kolejny jest naturalnym następcą poprzedniego a ostatni może prowadzić wprost ku pierwszemu. Choć każdy może z powodzeniem istnieć jako samodzielny byt, dopiero połączone w jedno odsłaniają pełnię swej wyjątkowości. Oto symbol Tetramorf wykuty w metalu.
Z całą pewnością nie jest to muzyka
tworzona „pod publiczkę”. Zapomnijcie o lekkim i łatwym
odbiorze. To piekielnie inteligentne dzieło sztuki. Czuje się, że
Nomad tworzy przede wszystkim dla siebie, bez oglądania się na
pochlebców czy kłanianiu się klakierom.
„Tetramorph”, podczas słuchania, daje mi
niemal bliźniaczo podobny pakiet wrażeń co ostatnie dzieła
Mayhem. Dostrzegam tu pewne podobieństwa w strukturze kompozycji, surowości brzmienia, w
ładunku emocji i formie ich przekazu. Dotychczas to głównie
twórczość Norwegów sprawiała, że dźwięki, które płynęły z
głośników wiernie odzwierciedlały silnie skoncentrowaną dawkę
najmroczniejszej energii, jaką może dusić w sobie istota ludzka.
Muzyka Nomad również zawiera owo mroczne, magiczne „coś”,
powodujące przyjemny dreszcz pełznący po plecach w ślad za każdą
wybrzmiewającą nutą.
Za płytę „Tetramorph” ukłony i wyrazy
uznania należą się również wytwórni. Witching Hour Productions
kolejny raz udowodniło, że nawet mini album może być wydany
elegancko i z pomysłem. Unikalny wykrojnik digi packa oraz znakomita
oprawa graficzna sprawiają, że dzieło grupy Nomad jest w pełni
kompletne i dopracowane w najdrobniejszych szczegółach.
fot: WHP
Apetyt
został rozbudzony, a moje oczekiwania wobec pełnego albumu są
teraz bardzo wysokie, lecz o ich zaspokojenie jestem dziwnie
spokojny. Pozostaje mi tylko ćwiczyć cierpliwość.
zespół:Hate album:"Crusade: Zero" wytwórnia: Napalm Records - 2015 skład: ATF Sinner - wokal, gitara Destroyer - gitara Pavulon - perkusja Heinrich - bas
utwory:
Vox Dei (A Call From Beyond) | Lord, Make Me an Instrument of Thy Wrath | Death Liberator | Leviathan | Doomsday Celebrities | Hate Is the Law | Valley of Darkness | Crusade: Zero | The Omnipresence | Rise Omega the Consequence | Dawn of War | Black Aura Debris | The Reaping (Bonus Track)
Moja przygoda z formacją Hate trwa już
wiele lat. W 1998 lub 1999 r., podczas koncertu w warszawskim klubie
Riviera Remont po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością
grupy. Muzycy promowali wówczas swój drugi album „Lord is
Avenger”. Pamiętam, że ich występ zrobił na mnie ogromne
wrażenie. Pomimo tradycyjnych kłopotów z właściwym nagłośnieniem
imprezy (w tamtych czasach klub Remont wybitnie brylował w
dziedzinie fatalnego brzmienia), Hate pokazał znakomitą sztukę.
Okrzyk „Hail Satan!”, wydany głębokim growlem przez ATF
Sinnera, nieodłączny element występów zespołu, rozpoczął
misterium brutalności i bluźnierstwa. Do dziś, na samo wspomnienie
koncertu, boli mnie kark. Kasetę „Lord is Avenger” mam nadal. Z
czasem dołączyła do niej wersja na CD.
Hate to zespół w swym działaniu
bardzo konsekwentny. Każdy kolejny album warszawskiej ekipy jest
godnym następcą swego poprzednika. Nie zdarzają się zejścia
poniżej pewnego poziomu. Muzyka Nienawiści to tradycyjny, potężny
techniczny death metal, grany z pasją, bogaty doświadczeniem
muzyków, zawsze przemyślany i znakomicie wyprodukowany. Z pewnością
nie jest to muzyka zaskakująca. Zespół nie bawi się w karkołomne
eksperymenty czy usilne artystyczne eksploracje. Ich twórczość bez
wątpienia stale ewoluuje, lecz odbywa się to łagodnym trybem. Hate
to zespół przyjemnie przewidywalny. Oczekiwanie na każdy kolejny
album przypomina wizytę w ulubionej, sprawdzonej restauracji, gdzie
znamy szefa kuchni, jego umiejętności i talent. I niby wiemy, czego
się spodziewać. To, że zamówione danie będzie wyborne, czujemy
już zanim przyjdzie nam go spróbować. A jednak czekamy w napięciu,
bo z góry zakładamy, iż maestro mimo wszystko dorzuci do potrawy
coś, co ożywi znany nam smak.
Od czasów albumu „Anaclasis - a
gospel of malice and hatred”, muzyka Hate stała się powtarzalna.
To nie zarzut, a jedynie stwierdzenie faktu. O ile płyta „Awakening
of the liar” niosła w swym brzmieniu całe pokłady młodzieńczej
jeszcze dzikości, o tyle kolejny krążek grupy zdawał się być
uporządkowany i wyrachowany – stworzony przez fachowców, którzy
znaleźli w końcu swoją własną ścieżkę i postanowili z niej
nie zbaczać, a przynajmniej nie za bardzo. Nienawiść obrała swój
kurs.
Słyszałem opinie, że „Morphosis”,
„Erebos” i „Solarflesh” to bliźniacze albumy. Swoista
metalowa trylogia. Istotnie, słuchając tych płyt po kolei, można
odnaleźć w ich brzmieniach dużą spójność. Spoiwem jest w tym
przypadku produkcja owych materiałów. Znakomita, klarowna i
dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Nieco zimna, bardzo
techniczna, wykonana z premedytacją wyrachowanych zawodowców. Hate
uparcie trzyma się swojego kierunku i robi to fenomenalnie. Każdy z
powyższych tytułów opowiada swoją historię. Każdy jest
samodzielnym dziełem. A że są między nimi podobieństwa? Cóż...
jak w każdym rodzeństwie. Jednakże pomimo bliskiego pokrewieństwa,
każdy z potomków ma swoje unikalne cechy, które kreują osobowość,
a tej dziełom Hate nigdy nie brakowało.
Rok 2015 rozpoczął się nadejściem
„Crusade: Zero” - dziewiątego studyjnego albumu warszawskiej
Nienawiści.
Zwyczajowo, krążek otwiera intro, po
którym na słuchacza powoli zaczyna najeżdżać walec. Płynnie,
melodyjnie, w otoczce bogatego gitarowego solo. Z nadejściem wokalu
robi się ciężko. Hate ponownie serwuje muzykę o gęstym, wręcz
oleistym klimacie, który szczelnie oblepia słuchacza. Otula
mrokiem, wciąga i hipnotyzuje. To diabelskie misterium, w którym
mimo wszystko znajduje się mnóstwo przestrzeni. Jest miejsce na
oddech i na zasłuchanie. W nienawistną muzykę wsiąka się po
uszy. Gęsta perkusja, ciągnące się, bogate solówki, transowe
riffy i wściekły growling Adama są jak gąbka chłonąca wszelkie
promienie światła. Ciemność jest tu absolutnie namacalna.
Słuchając „Crusade: Zero” tonie się w niej po uszy. Skandowane
do upadłego wersy, jak choćby mantryczny, wbijający się w głowę
„Abyss born Leviathan.”, potęgują tylko monumentalizm
przekazu, wciągając odbiorcę coraz głębiej i głębiej w
bezkresną otchłań, wprost za ostatni krąg piekieł, skąd
ucieczki już nie ma.
Każdy kolejny utwór poraża potężnym
brzmieniem. Skala na wadze dawno została przekroczona. Przytłoczeni
tonami szlachetnego metalowego kruszcu możemy tylko czekać końca.
A ten nie nadchodzi... I dobrze! Niech trwa! Wraz z upływem minut na liczniku odtwarzacza, Hate atakuje coraz mocniej, szybciej i precyzyjniej.
Kompozycje są bogate i różnorodne. Raz blast, raz solo, raz
wspólnie. To wściekle, to melodyjnie. Emocje są tu umiejętnie
dawkowane. Szalona jazda potrafi niespodziewanie, na moment, ustąpić
pola gitarowemu powiewowi łagodności. Moment taki nie trwa tu
długo. Potężna death metalowa machina rzadko zwalnia, a jeśli już
to wyłącznie na tyle, by stojący na jej drodze mogli wziąć
ostatni przed rozjechaniem wdech.
„I bring fire! I bring salvation!”
„Crusade: Zero” to płyta znakomita.
Dopracowana w każdym dźwięku. Stworzona przez ludzi świadomych
ich celu. Hate po raz kolejny nie zawodzi oczekiwań. Dostaliśmy
dokładnie to, na co czekaliśmy – sowitą porcję
najprzedniejszego death metalu. O to chodziło? O to! Hate
perfekcyjnie wywiązał się ze swej powinności, dostarczając fanom
to, na co czekali. A kto szuka czegoś więcej ponad konsekwentną
perfekcję – niech kontynuuje pod innym adresem. Nienawiść jest
stała. I to jej największa siła.
zespół:DECAPITATED album:"Blood Mantra" wytwórnia: Mystic Production - 2014 skład: Wacław "Vogg" Kiełtyka - gitary, akordeon Rafał "Rasta" Piotrowski - wokal Paweł Pasek - bas Michał Łysejko - perkusja utwory: Exiled in Flesh | The Blasphemous Psalm to The Dummy God Creation | Veins | Blood Mantra | Nest | Instinct | Blindness | Red Sun | Moth Defect
Prawdopodobieństwo, że jakikolwiek
inny zespół deathmetalowy na świecie tak często i tak bardzo
osobiście doświadczał w przebiegu kariery realnej obecności
Śmierci, jest praktycznie zerowe. Milcząca postać z kosą zdaje się
nieustannie trwać w pobliżu, odciskając swą obecnością silne
piętno zarówno na twórczości grupy, jak i niestety także na
życiu muzyków. Tragiczny w skutkach wpadek samochodowy
sprzed siedmiu lat, kosztował życie Vitka, zaś Covan do dziś
pozostaje w stanie uniemożliwiającym mu powrót do normalnego
funkcjonowania. Równo cztery lata po śmierci Witolda
Kiełtyki, 1 listopada 2011 r., cień Ponurego Żniwiarza ponownie zamajaczył
za plecami członków zespołu, gdy wracając do Polski z USA, ich
samolot lądował awaryjnie bez podwozia na warszawskim Okęciu. Tak, choć brzmi to dość przerażająco, o Decapitated można powiedzieć, że to
formacja w jakimś stopniu „naznaczona”, a nazwa gatunku muzycznego, death metal, w ich przypadku nabiera dodatkowego, wręcz dosłownego znaczenia. Jednocześnie zespół ten można
śmiało określić słowem coraz rzadziej używanym, lecz znakomicie
oddającym ich hart ducha. To słowo, to: niezłomni.
" (...) No prayers, our silence is our speech.
No bread, our fear is our feed.
No light, our blindness is our hope.
No warmth, our coldness is our force. (...)"
/"Moth Defect"/
Album „Blood Mantra” jest szóstym
studyjnym krążkiem Decapitated. Ze składu, który w 2011 roku
nagrywał „Carnival is Forever”, na pokładzie pozostali Wacław
„Vogg” Kiełtyka oraz Rafał „Rasta” Piotrowski, który tym
razem, poza funkcją wokalisty, jest także autorem wszystkich
tekstów (na „Carnival...” za warstwę słowną odpowiadał
Jarosław Szubrycht).
Na swej najnowszej płycie, krośnieńscy
metalowcy wytrwale podążają obraną wiele lat temu ścieżką.
Nadal jest to znakomicie zagrany, intensywnie brutalny, technicznie
doskonały death metal. Nie ma tu artystycznego poszukiwania na siłę.
Brak eksperymentów, kombinowania i prób zaskoczenia słuchacza
czymś „nowym i odkrywczym”. Jest za to twarda konsekwencja, z
jaką muzycy serwują nam kolejne porcje wściekłych dźwięków.
Właśnie ta „dzikość” jest znakiem rozpoznawczym Decap.
Brzmienia tego zespołu nie da się już pomylić z żadnym innym.
Wypracowanie własnego, charakterystycznego stylu w muzyce
ekstremalnej to obecnie nie lada sztuka. Wiele kapel death czy
blackmetalowych przez lata nagrywa praktycznie tę samą płytę,
stawiając wyłącznie na coraz większą szybkość i brutalność,
zatracając przy tym jakiekolwiek emocje. Inaczej jest w przypadku
Decapitated. Ekipa kierowana przez Vogg'a tworzy
muzykę, w której głównym elementem składowym, oprócz
instrumentów i głosu jest coś więcej – potężna energia
płynąca właśnie z emocji. Doświadczenie i dojrzałość członków
zespołu przekłada się nie tylko na perfekcję w graniu. Przekaz
zawarty w utworach „Blood Mantra” jest niezwykle silny. Trafia do
słuchacza nie tylko przez jego uszy. Tego albumu słucha się całym
sobą. Chłonie się go, nasiąka nim. Klimat płyty niemalże
oblepia skórę, wżera się w ciało. Po plecach pełzną dreszcze.
Płyta zawiera dziewięć kompozycji.
Mało? W żadnym wypadku! Utwory są bardzo rozbudowane, a ponad
połowa z nich trwa powyżej 5 minut (najdłuższy ma ich ponad 7).
Wszystkie numery są bardzo bogate w brzmienia. Niejednostajne,
ciekawie zaaranżowane. Transowe i przykuwające uwagę. Perkusja łoi niemiłosiernie. Podwójny
kick jest jak precyzyjnie mierzone serie karabinów maszynowych.
Charakterystycznie "bzyczące" gitary tną bezlitośnie, a wściekły wrzask, jakim raczy nas Rasta
dopełnia przyjemnego wrażenia obcowania z perfekcyjnie zestrojonym
mechanizmem.
W kwestii wokalu, przyznam bez bicia,
że moje pierwsze zetknięcie się z głosem Rafała Piotrowskiego,
przy okazji „Carnival is Forever”, obfitowało w mieszane
uczucia. Nie byłem do niego zupełnie przekonany. Ogólne brzmienie
zespołu zdawało mi się nie współgrać ze stylem wokalisty.
Uparłem się jednak i słuchałem tamtej płyty do upadłego. I w
końcu chwyciło! Na „Blood Mantra” partie wokalne od początku
trafiły w mój gust. Być może także sam Rasta, przez tych kilka
lat w zespole, naturalnie wkomponował się w muzykę. Teraz to już
jeden organizm. Wracając do zawartości płyty –
nawet po jej wielokrotnym przesłuchaniu nie potrafię wskazać
poszczególnych numerów jako moich zdecydowanych faworytów. Tej
płyty należy słuchać jak jednej całości. Porwanie materiału na
fragmenty w postaci pojedynczych utworów odbiera mu bowiem jego
największy atut – spójność.
Są tu oczywiście „perełki”,
które bardziej wchodzą w głowę. Na pewno jest to dynamiczny i
niemal przebojowy „Nest” czy hipnotyzujący i wciągający
„Blindness” płynnie przechodzący w wyciszający „Red Sun”
oraz wyborny i arcyintensywny „The Blasphemous Psalm To the Dummy
God Creation”, w którym Rasta chwilami przechodzi samego siebie.
Poziom produkcyjny płyty, tradycyjnie
już, reprezentuje najwyższy światowy poziom. Brzmienie klarowne,
selektywne i potężne. Przy całej postprodukcyjnej prefekcji, udało
się zachować lekki „brud”, tak ważny w tego typu muzyce.
Uwagę zwraca także świetna oprawa
graficzna albumu, której autorem jest Łukasz Jaszak, artysta
współpracujący z wieloma wykonawcami sceny metalowej, w tym m.in.
z Vomitory, Azarath, Emperor czy Alcest.
W digipacku, poza płytą audio,
znajduje się także krążek DVD. Jego zawartość nieco mnie
rozczarowała. Oczekiwałem porządnego materiału making-of,
ciekawego raportu ze studia, może jakiejś porcji zakulisowych
smaczków. To ostatnie w sumie dostałem. Niestety, materiał wideo
zatytułowany „Diary 2010 - 2014” okazał się być w zasadzie
klipem posklejanym nieco chaotycznie z różnego rodzaju filmików
kręconych telefonami i/lub małymi kamerkami. Oczywiście osoba
śledząca karierę Decapitated bez trudu rozpozna w nim ludzi i
sytuacje, a także dopatrzy się pewnej chronologii zdarzeń,
jednakże bardziej przypadkowy widz zapyta po prostu: co to, kurde,
było? Zaiste, lepszym miejscem dla takich produkcji jest YouTube
niż oddzielny bonus DVD. Szczęśliwie, dodatkowa płyta nie wpływa
tutaj na sklepową cenę „Blood Mantra”, a gruby digi fajniej
wygląda na półce. Przynajmniej miałem się do czego
przyczepić.
„Blood Mantra” zadebiutował w USA
w czołówce listy Billboard'u. Płyta zbiera znakomite recenzje na
całym świecie. Plany koncertowe Decapitated wyglądają imponująco.
Wszystko wskazuje na to, że zespół ten wszelkiego rodzaju
nieszczęścia i dramaty pozostawił już daleko za sobą.
I oby tak dalej!
Dopisek aktualizacyjny z dnia 25.10.2014 r.: Niestety, muzycy grupy Decapitated ponownie ucierpieli w wypadku samochodowym... W piątek, 24 października, bus którym zespół podróżuje po USA w trasie koncertowej z GWAR, uległ wypadkowi w drodze do Nowego Orleanu. Szczęśliwie, tym razem nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń. Trasa będzie kontynuowana.
Behemoth - "The Satanist" Ufff... Mam nadzieję, że głośniki w autku wytrzymają, bo pojeżdżę z tą płytą jeszcze minimum kilka dni. Dźwiękowy Antychryst zrodzony z Pomorskiej Bestii nie pozwoli się tak łatwo wyrwać z odtwarzacza, a i ja nie zamierzam z nim walczyć. Poddaję się Jego woli z perwersyjną wręcz przyjemnością. Viva Blasfemia! I jazda! \m/