Patrick
Seth Bilmorgh – gitara Nameless
Immenus – gitara
Groshek
– bębny
Rothep
Patiel – bas
utwory:
Tetrawind | Tetrawater | Tetrafire | Tetraearth
Zacznę od cofnięcia się
o pięć lat. W 2011 roku Nomad wydał album, który
wywołał u mnie gwałtowny opad szczęki.
Płyta zatytułowana „Transmigration of
Consciousness” to czterdzieści minut fenomenalnych dźwięków,
którym nawet na chwilę nie ośmiela się przeszkodzić cisza. Nie
istnieje tu pojęcie przerwy między utworami. Każda sekunda krążka
została po brzegi zagospodarowana przez najmroczniejszą z mrocznych
treść.
Kto nie słuchał „Transmigration...”,
powinien tę zaległość nadrobić jeszcze przed wrzuceniem do
odtwarzacza ostatniej płyty formacji z Opoczna. „Tetramorph” jest
bowiem dźwiękowym dziedzicem swego poprzednika. Dziedzicem, który
choć wystarczająco uzbrojony w mocne i szlachetne geny, postanawia
nadal ewoluować.
Tetramorf – symbol czwórpostaci, znany już
od czasów kultu boga Mitry. Wizualizacja czterech najważniejszych
gwiazdozbiorów Babilonu. Byk, Lew, Orzeł oraz Wodnik / Człowiek.
Personifikacja czterech żywiołów. Wielowiekowy, uniwersalny znak
wiedzy, nauki i natury, a także magii czy religii. To na nim Nomad
oparł filozofię swego mini albumu.
fot: Burning Abyss 'zine
„Tetramorph” to, a jakże, cztery utwory,
utrzymane w rozpoznawalnym, charakterystycznym dla Nomad stylu. Jest
to oczywiście death metal wysokiej jakości. Rozbudowane, lecz nie
rozwlekłe, kompozycje nie są zwyczajną ścianą brutalnego
jazgotu. Bogate aranżacje obfitują w zmiany tempa, klimatu i
nastroju.
Piętnaście minut, bo tyle trwa opisywana
przeze mnie płyta, upływa błyskawicznie. Otwierający ją,
dynamiczny i doskonale wprowadzający w album „Tetrawind”
niepostrzeżenie przechodzi w transowy, wciągający „Tetrawater”.
„Tetrafire” to według mnie najbardziej rozbudowany i diabelnie
chwytliwy numer, który konkretnie wkręca się w głowę. Płytę
zamyka „Tetraearth”. Niczym wyszeptana zaschniętym gardłem
modlitwa, przemija nie wiadomo kiedy.
Utwory na krążku wzajemnie się uzupełniają. Kolejny jest naturalnym następcą poprzedniego a ostatni może prowadzić wprost ku pierwszemu. Choć każdy może z powodzeniem istnieć jako samodzielny byt, dopiero połączone w jedno odsłaniają pełnię swej wyjątkowości. Oto symbol Tetramorf wykuty w metalu.
Z całą pewnością nie jest to muzyka
tworzona „pod publiczkę”. Zapomnijcie o lekkim i łatwym
odbiorze. To piekielnie inteligentne dzieło sztuki. Czuje się, że
Nomad tworzy przede wszystkim dla siebie, bez oglądania się na
pochlebców czy kłanianiu się klakierom.
„Tetramorph”, podczas słuchania, daje mi
niemal bliźniaczo podobny pakiet wrażeń co ostatnie dzieła
Mayhem. Dostrzegam tu pewne podobieństwa w strukturze kompozycji, surowości brzmienia, w
ładunku emocji i formie ich przekazu. Dotychczas to głównie
twórczość Norwegów sprawiała, że dźwięki, które płynęły z
głośników wiernie odzwierciedlały silnie skoncentrowaną dawkę
najmroczniejszej energii, jaką może dusić w sobie istota ludzka.
Muzyka Nomad również zawiera owo mroczne, magiczne „coś”,
powodujące przyjemny dreszcz pełznący po plecach w ślad za każdą
wybrzmiewającą nutą.
Za płytę „Tetramorph” ukłony i wyrazy
uznania należą się również wytwórni. Witching Hour Productions
kolejny raz udowodniło, że nawet mini album może być wydany
elegancko i z pomysłem. Unikalny wykrojnik digi packa oraz znakomita
oprawa graficzna sprawiają, że dzieło grupy Nomad jest w pełni
kompletne i dopracowane w najdrobniejszych szczegółach.
fot: WHP
Apetyt
został rozbudzony, a moje oczekiwania wobec pełnego albumu są
teraz bardzo wysokie, lecz o ich zaspokojenie jestem dziwnie
spokojny. Pozostaje mi tylko ćwiczyć cierpliwość.
album: "From The Very Depths" wytwórnia: Spinefarm Records - 2015
skład:
Cronos - wokal, bas
Rage - gitara
Dante - perkusja
utwory:
Eruptus | From The Very Depths | The Death Of Rock'n'Roll | Smoke | Temptation | Long Haired Punks | Stigmata Satanas | Crucified | Evil Law | Grinding Teeth | Ouverture | Mephistopheles | Wings Of Valkyrie | Rise
Zapłonął ogień i zaśmierdziało
siarką, bo oto Venom powił swego kolejnego dźwiękowego bękarta.
Po ostatnich studyjnych dokonaniach tej formacji, nie
spodziewałem się wiele po ich najnowszym dziele. Mówię to z
przykrością. Od czasu albumu „Ressurection” sprzed piętnastu
długich lat, moje uszy nie potrafiły bezboleśnie przebrnąć przez
twórczość Cronosa i spółki. Każda kolejna płyta Venom była
dla mnie mniejszym lub większym rozczarowaniem. Owszem, zdarzały
się przebłyski w postaci pojedynczych, dobrych (lecz nie wybitnych)
utworów, jednakże krążki „Metal Black”, „Hell” i „Fallen
Angels”, jako twory całościowe, broniły się raczej słabo.
Według mnie były zwyczajnie nudne i przewidywalne, a ich brzmienie
można określić jako co najwyżej poprawne. „Ressurection” to
dla mnie ostatni album Venom, na którym cokolwiek się działo.
Ukazanie się „From The Very
Depths”, czternastego studyjnego dzieła grupy, nie wywołało u
mnie ulubionego dreszczu emocji. Nagrali, no to fajnie. Posłucham z
przyzwyczajenia. Jak to dobrze, że istnieje Spotify! No i
posłuchałem...
Bezsensowne i niepotrzebne intro na szczęście
jest krótkie. O wiele lepiej byłoby, gdyby krążek otwierał od
razu kolejny utwór – tytułowy „From The Very Depths”,
startujący od razu konkretną galopadą. Wściekle, szybko i
cholernie melodyjnie. Kawał świetnie zagranego thrash'n'roll. Łeb
sam zaczyna się kiwać. Jest dobrze! Venom postanowił nareszcie
uczciwie popracować, a efekty tej decyzji słychać.
Dalej
jest jeszcze lepiej. Rockowa melodyjność obficie podlana thrashową
mocą. Nieco wolniejszy od poprzedników „Smoke” zalatuje nieco
Testamentem z czasów „The Ritual”. „Long Haired Punks”
to z kolei wybuchowa mieszanka przebojowości Motörhead i dzikości
The Exploited. Niesamowicie energetyczny numer. W „Stigmata
Satanas” Venom wciąga słuchacza w dobrze mu znany klimat. Ciężki,
oleisty numer ze skandowanym refrenem. Ten utwór ma w sobie
wszystko, co najlepsze ze starego stylu grupy, a kolejny znakomicie
to kontynuuje.
W
„Evil Law”, pierwszy riff jest nieco Metallicowy. Włos na głowie
mi się zjeżył... Na szczęście numer błyskawicznie nabiera
właściwego kierunku stając się największym walcem na krążku.
Tłuściutki i gęsty. Sama esencja. Cały album jest dość
zróżnicowany. Ciężko naleźć w nim jakiekolwiek przestoje czy
nużące fragmenty. Klimat, choć spójny, nie jest jednostajny.
Ekipa Cronosa wydestylowała wszystko, co najbardziej
charakterystyczne ze swych najlepszych lat, łącząc to sprawnie z
najlepszymi dostępnymi składnikami. Wyszedł energetyzujący
koktajl mocy i przebojowości. Wciągający i uzależniający.
Niejednemu z pewnością odrodzi się dawno zapomniany venomoholizm.
„From The Very Depths” zwyczajnie nie da się ot tak porzucić po
jednym przesłuchaniu. Muzyka Venom A.D. 2015 z powrotem jest taka,
jak dawniej. Nieposkromione diabelstwo wylazło z nory!
Sława i
chwała odpowiedzialnym za produkcję tego albumu. Udało się im
bowiem połączyć znakomite, dopracowane brzmienie z jakże
niezbędnym rockowym brudem. Wypracowali tu idealne proporcje. Płyty
słucha się świetnie. Jest selektywna i czytelna, nie zatracając
przy tym całej swej pierwotnej energii. Nie ma tej wrednej
cukierkowości i sterylności, która w opinii wielu pogrzebała pod
sobą chociażby ostatni album Kreatora - „Phantom Antichrist”. W
przypadku Venom równowaga została świetnie zachowana.
Brytyjska
legenda nagrała w końcu dobry album. Nie jest to może
dzieło arcywybitne czy nowatorskie, lecz na tle ostatnich dokonań
formacji Venom, „From The Very Depths” wybija się hen wysoko.
Jest tu dużo starego, dobrego jadu. Są nawiązania do najlepszych
lat twórczości grupy. Do rutyny powróciła nuta prawdziwej pasji i
chęci. Forma Venom wyraźnie zwyżkuje. Oby ta tendencja się
utrzymała.
zespół:Hate album:"Crusade: Zero" wytwórnia: Napalm Records - 2015 skład: ATF Sinner - wokal, gitara Destroyer - gitara Pavulon - perkusja Heinrich - bas
utwory:
Vox Dei (A Call From Beyond) | Lord, Make Me an Instrument of Thy Wrath | Death Liberator | Leviathan | Doomsday Celebrities | Hate Is the Law | Valley of Darkness | Crusade: Zero | The Omnipresence | Rise Omega the Consequence | Dawn of War | Black Aura Debris | The Reaping (Bonus Track)
Moja przygoda z formacją Hate trwa już
wiele lat. W 1998 lub 1999 r., podczas koncertu w warszawskim klubie
Riviera Remont po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością
grupy. Muzycy promowali wówczas swój drugi album „Lord is
Avenger”. Pamiętam, że ich występ zrobił na mnie ogromne
wrażenie. Pomimo tradycyjnych kłopotów z właściwym nagłośnieniem
imprezy (w tamtych czasach klub Remont wybitnie brylował w
dziedzinie fatalnego brzmienia), Hate pokazał znakomitą sztukę.
Okrzyk „Hail Satan!”, wydany głębokim growlem przez ATF
Sinnera, nieodłączny element występów zespołu, rozpoczął
misterium brutalności i bluźnierstwa. Do dziś, na samo wspomnienie
koncertu, boli mnie kark. Kasetę „Lord is Avenger” mam nadal. Z
czasem dołączyła do niej wersja na CD.
Hate to zespół w swym działaniu
bardzo konsekwentny. Każdy kolejny album warszawskiej ekipy jest
godnym następcą swego poprzednika. Nie zdarzają się zejścia
poniżej pewnego poziomu. Muzyka Nienawiści to tradycyjny, potężny
techniczny death metal, grany z pasją, bogaty doświadczeniem
muzyków, zawsze przemyślany i znakomicie wyprodukowany. Z pewnością
nie jest to muzyka zaskakująca. Zespół nie bawi się w karkołomne
eksperymenty czy usilne artystyczne eksploracje. Ich twórczość bez
wątpienia stale ewoluuje, lecz odbywa się to łagodnym trybem. Hate
to zespół przyjemnie przewidywalny. Oczekiwanie na każdy kolejny
album przypomina wizytę w ulubionej, sprawdzonej restauracji, gdzie
znamy szefa kuchni, jego umiejętności i talent. I niby wiemy, czego
się spodziewać. To, że zamówione danie będzie wyborne, czujemy
już zanim przyjdzie nam go spróbować. A jednak czekamy w napięciu,
bo z góry zakładamy, iż maestro mimo wszystko dorzuci do potrawy
coś, co ożywi znany nam smak.
Od czasów albumu „Anaclasis - a
gospel of malice and hatred”, muzyka Hate stała się powtarzalna.
To nie zarzut, a jedynie stwierdzenie faktu. O ile płyta „Awakening
of the liar” niosła w swym brzmieniu całe pokłady młodzieńczej
jeszcze dzikości, o tyle kolejny krążek grupy zdawał się być
uporządkowany i wyrachowany – stworzony przez fachowców, którzy
znaleźli w końcu swoją własną ścieżkę i postanowili z niej
nie zbaczać, a przynajmniej nie za bardzo. Nienawiść obrała swój
kurs.
Słyszałem opinie, że „Morphosis”,
„Erebos” i „Solarflesh” to bliźniacze albumy. Swoista
metalowa trylogia. Istotnie, słuchając tych płyt po kolei, można
odnaleźć w ich brzmieniach dużą spójność. Spoiwem jest w tym
przypadku produkcja owych materiałów. Znakomita, klarowna i
dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Nieco zimna, bardzo
techniczna, wykonana z premedytacją wyrachowanych zawodowców. Hate
uparcie trzyma się swojego kierunku i robi to fenomenalnie. Każdy z
powyższych tytułów opowiada swoją historię. Każdy jest
samodzielnym dziełem. A że są między nimi podobieństwa? Cóż...
jak w każdym rodzeństwie. Jednakże pomimo bliskiego pokrewieństwa,
każdy z potomków ma swoje unikalne cechy, które kreują osobowość,
a tej dziełom Hate nigdy nie brakowało.
Rok 2015 rozpoczął się nadejściem
„Crusade: Zero” - dziewiątego studyjnego albumu warszawskiej
Nienawiści.
Zwyczajowo, krążek otwiera intro, po
którym na słuchacza powoli zaczyna najeżdżać walec. Płynnie,
melodyjnie, w otoczce bogatego gitarowego solo. Z nadejściem wokalu
robi się ciężko. Hate ponownie serwuje muzykę o gęstym, wręcz
oleistym klimacie, który szczelnie oblepia słuchacza. Otula
mrokiem, wciąga i hipnotyzuje. To diabelskie misterium, w którym
mimo wszystko znajduje się mnóstwo przestrzeni. Jest miejsce na
oddech i na zasłuchanie. W nienawistną muzykę wsiąka się po
uszy. Gęsta perkusja, ciągnące się, bogate solówki, transowe
riffy i wściekły growling Adama są jak gąbka chłonąca wszelkie
promienie światła. Ciemność jest tu absolutnie namacalna.
Słuchając „Crusade: Zero” tonie się w niej po uszy. Skandowane
do upadłego wersy, jak choćby mantryczny, wbijający się w głowę
„Abyss born Leviathan.”, potęgują tylko monumentalizm
przekazu, wciągając odbiorcę coraz głębiej i głębiej w
bezkresną otchłań, wprost za ostatni krąg piekieł, skąd
ucieczki już nie ma.
Każdy kolejny utwór poraża potężnym
brzmieniem. Skala na wadze dawno została przekroczona. Przytłoczeni
tonami szlachetnego metalowego kruszcu możemy tylko czekać końca.
A ten nie nadchodzi... I dobrze! Niech trwa! Wraz z upływem minut na liczniku odtwarzacza, Hate atakuje coraz mocniej, szybciej i precyzyjniej.
Kompozycje są bogate i różnorodne. Raz blast, raz solo, raz
wspólnie. To wściekle, to melodyjnie. Emocje są tu umiejętnie
dawkowane. Szalona jazda potrafi niespodziewanie, na moment, ustąpić
pola gitarowemu powiewowi łagodności. Moment taki nie trwa tu
długo. Potężna death metalowa machina rzadko zwalnia, a jeśli już
to wyłącznie na tyle, by stojący na jej drodze mogli wziąć
ostatni przed rozjechaniem wdech.
„I bring fire! I bring salvation!”
„Crusade: Zero” to płyta znakomita.
Dopracowana w każdym dźwięku. Stworzona przez ludzi świadomych
ich celu. Hate po raz kolejny nie zawodzi oczekiwań. Dostaliśmy
dokładnie to, na co czekaliśmy – sowitą porcję
najprzedniejszego death metalu. O to chodziło? O to! Hate
perfekcyjnie wywiązał się ze swej powinności, dostarczając fanom
to, na co czekali. A kto szuka czegoś więcej ponad konsekwentną
perfekcję – niech kontynuuje pod innym adresem. Nienawiść jest
stała. I to jej największa siła.
zespół: Dr Misio album:"Pogo" wytwórnia: Universal Music Polska - 2014 skład: Arkadiusz Jakubik - wokal Paweł Derentowicz - gitara Mario Matysek - gitara basowa Radek Kupis - klawisze Janek Prościński - perkusja utwory:
Pogo | Pedagogika | Sekta | Modlitwa | Metro | Powstaniec | Hipster | Klub Trup |
Ona wie | Wrzesień | Parada | Sam sobie
Jeszcze nie tak dawno, kiedy znany aktor brał się
za śpiewanie, najczęściej oznaczało to jedno: Przegląd Piosenki
we Wrocławiu. Wiersze Osieckiej, Młynarskiego albo Okudżawy czy w
nielicznych, ambitnych przypadkach tłumaczenia dzieł Nicka Cave'a.
Dramatycznie
przeinterpretowane wykonania, gibanie się nisko na nogach przed
mikrofonem i wreszcie wypuszczenie albumu nakładem fabryki płytowej
wypluwającej masowo wszelakie dzieła sztuki „wyższej” -
paskudnie wydane, źle brzmiące i potwornie męczące, choć nie jest to oczywiście regułą.
W 2008 roku na scenę muzyczną
zapragnął wskoczyć Arkadiusz Jakubik, aktor z gatunku tych, którzy
raczej na drobne się nie rozmieniają. Stanął przed mikrofonem
w powyciąganym podkoszulku na ramiączkach, znoszonych gaciach i w
okularach przeciwsłonecznych. Za nim ustawił się zespół czterech
muzyków. Przedstawili się Polsce jako Dr Misio. I zagrali
rocka! Płyta „Młodzi”, wydana w 2013 roku, narobiła sporo
szumu. Producentem materiału został mianowany Olaf Deriglasoff, zaś
do zaaranżowania dwóch z trzynastu utworów zaproszono Mateusza
Pospieszalskiego. Mało? To jeszcze dwa nazwiska: Varga i
Świetlicki. Ich teksty, a w zasadzie wiersze, to chyba
najistotniejszy element składowy działalności grupy Dr Misio. Przy
doborze warstwy słownej, Jakubik i ekipa nie poszli na łatwiznę.
Wręcz przeciwnie – wzięli na warsztat piekielnie trudne do
śpiewania poezje. Połamane, potrzaskane, ponure i mocne. Rymowanki?
Zbędne. Zespół udowodnił, że nawet tak „nieśpiewalny”
materiał można umiejętnie chwycić i wspaniale ubrać w dźwięki.
I to ostre, mroczne i dynamiczne. Do tego jeden teledysk w
reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Kolejny, będący dziełem
Krzysztofa Skoniecznego, otrzymał nominację do Złotej Żaby na
Festiwalu Camerimage. Mnóstwo koncertów, szybka reedycja płyty
„Młodzi” z dołączonym DVD live. Ufff... Ależ debiut!
Minął rok i Dr Misio ponownie
urodził, tym razem zapraszając słuchaczy do „Pogo”. Nazwiska
pozostały te same. Zwiększyła się natomiast rola Olafa
Deriglasoffa. Pan producent przyozdobił nowy materiał swoim niskim
głosem (w chórkach), a także wypełnił kompozycjami przestrzeń
pomiędzy utworami.
Teksty to ponownie dzieła Krzysztofa Vargi i
Marcina Świetlickiego. Pomiędzy nimi pojawił się także wiersz
„Ona wie” Norwida.
Jaka jest więc nowa płyta zespołu?
To naturalna następczyni albumu „Młodzi”. Styl formacji
pozostał, na szczęście, niezmieniony. Wciąż jest to kawał
porządnie zagranego, właściwie przybrudzonego miksu rock'n'rolla i
alternatywy. Wyraźnie wybija się wizja artystyczna Deriglasoffa,
który jako producent miał przecież znaczący wpływ na brzmienie
materiału. Kompozycje zdają się być bardziej przemyślane od
tych, które znalazły się na debiucie. Aranżacje są ciekawsze.
Bogactwo dźwięków sprawia, że na płycie nie ma „pustych
przelotów”. Każda z 46 minut została umiejętnie i z wyczuciem
wypełniona. Utwory płynnie przechodzą jeden w drugi. Taki stan
pięknie oddaje już sam tytuł krążka. „Pogo” wciąga, trwa,
narasta i wypuścić nie chce. Falujemy wraz z otaczającym nas
muzycznym oceanem. Raz sztorm a raz łagodna tafla, pod którą cały
czas coś się czai. To zdecydowanie nie jest basenik dla dzieci.
Arek Jakubik znowu jest tu po prostu
wokalistą zespołu rockowego. Dr Misio to nie kolejna jego rola.
Studio czy koncerty to nie plan filmowy. Nikt mu niczego nie narzuca.
Nie ma trzymającego za mordę reżysera. Jako frontman jest w swoim
żywiole, którym sam rządzi od początku do końca. Śpiewa to, co
sobie wybierze i „poczuje”. Emocje w jego głosie nie są
sztuczne czy wyuczone. On naprawdę spala się do cna wraz z każdym
kolejnym wersem. Każdy brud i każdy ból, jakim przepełnione są
wykonywane przez zespół poezje, Jakubik odczuwa najbardziej i
naprawdę. Bez aktorzenia. Ta szczerość w przekazie udziela się
słuchaczowi w bardzo silnej dawce. Po przesłuchaniu „Pogo” ma
się wrażenie, że właśnie wypełzło się z ludzkiego magla, by
po chwili wytchnienia bezwiednie na powrót do niego wejść. Teksty,
które trafiły na płytę to tradycyjnie już dzieła ciężkiego
kalibru. Przytłaczające i ponure. Mocno doprawione ironią i
gorzką, celną satyrą. Historie spisane przez wnikliwych
obserwatorów naszego świata nie głaszczą nas po głowach. Są jak
odłamki szkła wbijające się w ciało, wpadające do oczu, krążące
we krwi. Bolą, to oczywiste. Ale czego innego można się
spodziewać? Poezja zrodzona z syfu życia nie będzie kolorowa.
Włączając „Pogo” podejmujemy świadomą decyzję o wskoczeniu
do kanału, którym płyną uczucia i emocje. Silny prąd niesie ze
sobą przeróżne odpady ludzkiej codzienności. Te negatywne lecz
także te dobre, które trafiły tam przez zwykłą głupotę czy
zapomnienie i stopiły się w jednolity, oblepiający szlam.
po 5 łyżeczek Artyzmu (niezbyt
przesadnego) i Doświadczenia (jest niezbędne)
solidną miarkę Wirtuozerii
Ucieraj, aż składniki się połączą.
Teraz, ciągle mieszając, stopniowo
dodawaj:
kilka kropel silnie
skoncentrowanego ekstraktu z Arcturusa
szczyptę Dimmu Borgir (Naprawdę
odrobinę! Za duża dawka da ohydny posmak fastfoodu!)
resztki z Emperora (te trochę
starsze, bardziej soczyste)
garść kurzu z desek teatralnej
sceny (składnik trudno dostępny)
Gotową masę przełóż do kotła,
zalej wrzątkiem i gotuj, aż nadmiar zbędnego płynu odparuje.
Pij natychmiast. Na gorąco. Do dna!
Przyznam, że od bardzo dawna hasło
„symfoniczny black metal” wywołuje u mnie odruch wymiotny.
Muzyka z lodowatej Norwegii z założenia powinna być surowa i tak
wściekła, jak to tylko możliwe. Dla maniaków gatunku wyłącznie
pierwotna odmiana zasługuje na miano „czarnego metalu”.
W latach '90, na fali popularności
skandynawskich brzmień spod znaku odwróconego krzyża, na świecie
jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać wszelkiej maści twory
muzyczne, których celem było granie black metalu, ale tak nie do
końca... W dużym skrócie: „Jesteśmy źli! Szatan naszym
Panem! O, jaki śliczny pluszowy jednorożec!!”
Krzywo grające gitary, tłukącą
jednostajnie pojedynczą strunę basu i skrzeczący wokal dało się
bez problemu zamaskować prostym automatem perkusyjnym połączonym z
podniosłym brzmieniem keyboardu a'la wczesne Casio. Bum! I mamy
kapelę!
Na szczęście, w zalewie tej
jarmarcznej tandety, istnieją nieliczne perły, których twórczość
wybija się hen ponad zwyczajowy poziom około-blackmetalowego grania.
Aby taki przepis, jaki podałem zamiast
wstępu mógł się udać, koniecznym jest, by za jego przyrządzanie
zabrali się kucharze z najwyższej półki. Tacy, którzy potrafią
z wyczuciem żonglować przeróżnymi przyprawami, bez czytania
gotowych receptur perfekcyjnie dobrać ich proporcje, a na koniec
podać wszystko na czas, w odpowiedniej temperaturze i bez śladów
przypalenia.
Tacy właśnie ludzie tworzą ekipę
gotującą w wykwintnej restauracji o nazwie Vesania.
Zespół tworzy pięciu muzyków, a
przynajmniej trzech nich to wielkie indywidualności nie tylko
polskiej ale i światowej sceny metalowej. Orion, Daray i Heinrich –
tych panów nie trzeba nikomu przedstawiać. Z tego też powodu
Vesania często określana jest mianem „supergrupy”. Co ciekawe,
formacja powstała w 1997 roku, a zatem na długo zanim jej
poszczególni członkowie stali się powszechnie rozpoznawalni i
szanowani w metalowym środowisku. Zatem nie jest to ich projekt
poboczny, a właśnie macierzysty.
Tomasz „Orion” Wróblewski
kojarzony jest przede wszystkim jako basista grupy Behemoth. Na
pokładzie własnej formacji pełni funkcję autora tekstów,
wokalisty i gitarzysty. Czterostrunowe wiosło dzierży Filip
„Heinrich” Hałucha.
Jak znakomitym perkusistą jest Dariusz
„Daray” Brzozowski, wie każdy szanujący się metalowiec.
Masachist, Vader, Hunter czy ostatnio Dimmu Borgir – to bodajże
najważniejsze formacje, w których udzielał się lub wciąż się
udziela. Daray to bębniarz niezwykle wszechstronny. Thrash, death
czy black metal – wspaniale odnajduje się w każdym gatunku. Jego
umiejętności to prawdziwy skarb dla Vesanii, której muzyka zawiera
w sobie przeróżne wpływy. Drugą gitarą w zespole zawiaduje
Marcin „Valeo” Walenczykowski, który w swym muzycznym CV ma
między innymy grę w zespołach Mortis Dei czy Rootwater.
Krzysztof „Siegmar” Oloś odpowiada
za brzmienia elektroniczne, w których jest prawdziwym ekspertem. Z
jego usług regularnie korzysta dwóch tytanów death metalu –
Vader i Behemoth.
Prawdziwy metalowy Dream Team? Bez
wątpienia można tak powiedzieć.
„Deus Ex Machina” to czwarty
studyjny album Vesanii. Ukazał się aż siedem lat po swym
poprzedniku, znakomitym krążku „Distractive Killusions”, dzięki
któremu muzyka tego zespołu po raz pierwszy zagościła w moim
odtwarzaczu.
Każdy kolejny album zespołu jest
dźwiękowym dziedzicem wcześniejszych dzieł. Słychać
konsekwentne trzymanie się kursu obranego przed laty. Styl Vesanii
się nie zmienia. Jednocześnie nie można mówić o zjadaniu
własnego ogona. Płyty nie są swoimi klonami. W brzmieniu i
kompozycjach trwa nieustający progres. Skład zespołu tworzą wszak
muzycy o olbrzymim doświadczeniu, którego pomimo jakże
intensywnego życia artystycznego każdego z nich, nie zdołała
pożreć zgubna dla wielu rutyna. Ich najnowsze wydawnictwo
potwierdza, że komponowanie i nagrywanie w żadnym wypadku im się
nie przejadło. Wręcz przeciwnie – to okazja do wyrzucenia z
siebie tony spiętrzonych pomysłów, których nie byliby w stanie
zrealizować z Behemoth, Dimmu czy którymkolwiek innym zespołem. Te
emocje mają zarezerwowane dla Vesanii.
Eurypides stworzył pojęcie „Deus Ex
Machina” na potrzeby dramatu antycznego. „Bóg z maszyny” był
zsyłany w celu szybkiego i prostego wytłumaczenia widzom wszelkich
występujących w sztuce braków w logice. Sprawę załatwiało w
zasadzie już samo jego przywołanie (skąd my to dziś
znamy...?). Vesania swoją nową płytą rzuca słuchacza w sam
środek niesamowitego spektaklu teatralnego. Czasem ma się wrażenie
uczestniczenia w przedziwnym scenicznym misterium („Innocence”),
by już za chwilę zasiąść w wagoniku rozpędzonego rollercoastera
gnającego przez opustoszały, mroczny lunapark
(„Disillusion”). Przez duszne, zakurzone komnaty, oślepiające
lodowe przestrzenie aż do piekielnej kuźni Hefajstosa. Klimat płyty
zmienia się jak w czarcim kalejdoskopie. Wściekły wrzask
przeplatany partiami czystego, spokojnego wokalu. Grające
nieustająco klawisze miotają nastrojami. Raz dudnią echem odbitym
od samego dna otchłani, by zaraz gwałtownie wystrzelić w pustkę
kosmosu.
Ileż w tej muzyce elegancji! Ile
piękna i wirtuozerii! Ile emocji! Dziesięć utworów trwających
łącznie ponad 50 minut. Idealnie wyważone proporcje. Ani za
krótko, ani zbyt długo. Gdy album się kończy, odruchowo wciska
się ponownie klawisz „play”, a z każdym kolejnym przesłuchaniem
słyszy się w tym materiale coraz więcej i więcej. Osobiście
polecam słuchać „Deus Ex Machina” na dobrej klasy słuchawkach
nausznych. Żadne dokanałowe badziewia! (zabiją całą
przyjemność).
Mówi się, że w muzyce wszystko co
było do zagrania – zostało już zagrane. Pewnie jest w tym
twierdzeniu sporo prawdy. Nie da się uniknąć porównań między
poszczególnymi wykonawcami. Nie sposób nie wysłyszeć w danej
muzyce przeróżnych wpływów, zwłaszcza gdy odbiorca jest
porządnie osłuchany. W muzyce serwowanej przez zespół Vesania
słyszę klimaty rodem z twórczości Arcturusa, którego teatralna
maniera potrafi trwale wryć się w pamięć. Jest tu również dużo
z Emperora, a ściślej – z samego Ihsahna, artysty o niebywale
szerokich muzycznych horyzontach. Na początku wspomniałem też o
naleciałościach rodem z Dimmu Borgir, lecz po wielokrotnym
przesłuchaniu płyty „Deus Ex Machina”, delikatnie (acz nie
całkiem) się z tego wycofam. Ośmielę się jednak stwierdzić, że
Shagrath i spółka bardzo chcieliby móc zabrzmieć jak Vesania,
jednakże wtedy mogliby zapomnieć o uwielbieniu wśród mrocznych
nastolatków. Muzyka polskiej formacji jest bowiem zbyt trudna w
odbiorze, by bezboleśnie trafić do uszu zapatrzonych w norweskiego
giganta mainstreamowych metalowców.
Naprawdę bardzo chciałbym móc się
do czegokolwiek w „Deus Ex...” przyczepić. I nawet miałem
niewielki punkt zaczepienia w tej sprawie. Niestety, argument upadł
z hukiem. O co chodziło?
Słuchając płyty w samochodzie (bo
najczęściej tam słucham muzyki) odniosłem niemiłe wrażenie, że
brzmienie albumu jest dziwnie płaskie, można rzec: plastikowe. Nie
mam w aucie słabego systemu grającego. Większość opisywanych tu
płyt przyswajałem właśnie w czasie jazdy i nigdy nie miałem
zastrzeżeń. A tutaj były i to poważne. Żadne ustawienia nie
zmieniły moich odczuć.
Dopiero gdy odpaliłem krążek na
domowym sprzęcie usłyszałem pełnię dźwięku. Pojawiła się
oczekiwana głębia i przestrzeń. To samo na słuchawkach –
rewelacyjne brzmienie. No i w ten sposób szlag trafił całe
moje marudzenie...
Vesania - „Deus Ex Machina” to dla
mnie jeden z najlepszych albumów rodzimego metalu w 2014 roku.
Polecam jak cholera!
zespół:KAT & Roman Kostrzewski album:"Buk - akustycznie" wytwórnia: Mystic Production - 2014 skład: Roman Kostrzewski - wokale Michał Laksa - bas Krzysztof "Pistolet" Pistelok - gitara Piotr Radecki - gitara Jerzy Piotr Pęczek - perkusja gościnnie: Marek Romanowski - kontrabas utwory:
Czas Zemsty | Śpisz Jak Kamień | Łza Dla Cieniów Minionych | Odi Profanum Vulgus | Spojrzenie | Diabelski Dom cz. 1 | Głos z Ciemności | Robak | Szkarłatny Wir | Wolni Od Klęczenia | Łoże Wspólne Lecz Przytulne | Trzeba Zasnąć
Nagranie albumu „bez prądu” to dla
wykonawcy często duże ryzyko. Można powiedzieć, że w pewnym
sensie artysta podejmuje się stworzenia ciekawych coverów własnej
twórczości, a dokonanie tej sztuki jest trudniejsze, niż mogłoby
się wydawać. Odłączenie wzmacniaczy i przesterów jest dodatkowo
prawdziwym testem umiejętności muzyków. Obnaża wszelkie braki
warsztatowe i jak na dłoni ukazuje, czy gra nam artysta, czy
rzemieślnik. Oto egzamin z otwartości, wszechstronności i
muzycznej wrażliwości.
Istnieją dwa rodzaje produkcji
unplugged:
Pierwsza odmiana zwykle prezentuje się
następująco: zespół wybiera utwory, muzycy zamykają się w sali
prób i kombinują, bawią się, eksperymentują z instrumentarium,
niejednokrotnie całkowicie zmieniają aranżację. Znane numery
przeistaczają w niemal zupełnie nowe kompozycje. Słuchacz bowiem
lubi być zaskakiwany.
Inna droga, to ta na skróty: wybór
utworów → wyciągnięcie wtyczek → wciśnięcie przycisku
„record”. Odegranie materiału akord w akord, bez zbędnego
ryzykanctwa.
Którą drogę wybrał Roman
Kostrzewski?
Płytę „Buk – akustycznie” mam
od kilku tygodni. Przez ten czas zdążyłem wielokrotnie posłuchać
całego materiału. Jako miłośnik twórczości formacji Kat,
postanowiłem podejść do tematu możliwie wnikliwie i dokładnie, a
przede wszystkim obiektywnie, zapominając na ten czas, jak ważna
jest dla mnie muzyka tego zespołu.
I niestety, nie postawię temu
albumowi pomnika. A Diabeł mi świadkiem - chciałbym...
Na długo przed wydaniem najnowszej
płyty, Kat z Romanem, na koncertach wplatał w setlistę
akustyczne wersje zarówno klasyków jak i utworów z poprzedniej
studyjnej płyty „Biało Czarna”, co spotykało się z wyłącznie
pozytywnym przyjęciem przez publiczność. Wtedy w zespole zrodził
się pomysł, by opracować i wydać krążek w takim właśnie
stylu.
Nieszczęśliwie, panowie weszli do
studia z ukierunkowaniem na – wcześniej wspomnianą – drogę „na
skróty”. To, co świetnie sprawdzało się podczas występów,
tutaj zawiodło.
Na płycie znalazło się dwanaście
utworów, z czego dziewięć to absolutne klasyki, jak choćby „Czas
Zemsty”, „Diabelski Dom cz. 1” czy „Odi Profanum Vulgus”,
dwa numery z „Biało Czarnej” oraz jeden instrumental. Tracklista
mocno elektryzująca każdego fana katowickiej formacji. Od razu
budzi się ciekawość: jak to będzie brzmiało? Jak zagrali ostre
partie na akustykach? Czy udanie przekuli najczystszy, twardy metal w
łagodną materię, nie niszcząc przy tym jego struktury? To
ostatnie akurat się udało... „Buk – akustycznie” zawiera w
sobie niemal wyłącznie znakomicie odegrane utwory, praktycznie bez
jakiejkolwiek zabawy aranżacjami. Instrumenty brzmią bardzo dobrze,
lecz niestety styl gry nie odbiega od wersji oryginalnych. Każdy z
muzyków gra równo jak maszyna, nie siląc się na choćby odrobinę
improwizacji. Te same akordy, te same partie solowe. Głosem i charyzmą
Romana Kostrzewskiego można by obdzielić niemal całą polską
scenę muzyczną, a i dla świata dużo by jeszcze zostało. Kat w
wersji „bez prądu” to jeszcze więcej Romana (i to jest
znakomite). Jego wokal jest tu bardziej wyeksponowany, śpiewane
słowa są czytelniejsze niż zwykle. Można się prawdziwie
zasłuchać i na nowo odkrywać jego specyficzne, trudne lecz hipnotyzujące wiersze.
Ewidentną pomyłką jest dla mnie
umieszczenie na tej płycie utworów z „Biało Czarnej”, które
brzmią i-den-tycz-nie, jak oryginały. Jedyną różnicą jest brak
przesteru. Nie wiem, być może są to jeszcze zbyt „świeże”
numery, by pasowały do reszty. A może są zbyt proste kompozycyjnie
i nie było „z czego” ciekawie zagrać? Wybitnie uwypukliło się
to po wykonaniu ich na akustykach (co ciekawe, w oryginalnych wersjach są fenomenalne). Na tle starszych utworów, w
których powstawaniu główny udział miał Piotr Luczyk, wypadają raczej blado. Nawet Kostrzewski ich nie ratuje. Wokale
brzmią w nich tak, jakby po prostu przeklejono ścieżki z
normalnej, „prądowej” sesji, choć z całą pewnością tak nie
było. To po prostu efekt jego olbrzymiego doświadczenia i
rutyniarstwa. Tylko czy ta rutyna nie tłumi nieco artyzmu?
Wspaniała niespodzianka czeka
natomiast w zamykającym płytę utworze „Trzeba Zasnąć”. Jaka?
Powiem tylko, że transowa, płynąca i zjawiskowo piękna swą treścią.
Owszem, wiele jest albumów unplugged
nagranych w taki właśnie sposób – ot, po prostu. Nagranie własnych
utworów bez poważnych przeróbek aranżacyjnych, dokonując jedynie zmiany brzmienia instrumentów nie jest w żadnym wypadku
czymś złym. Nie jest błędem, ani lekceważeniem fanów. Nie
przypuszczam także, by był to zwykły skok na kasę, przynajmniej
nie w przypadku Kata i Romana Kostrzewskiego. Jak chcieli – tak
zrobili. Wyszło do bólu poprawnie i fachowo. Wielu ludzi będzie to
wydawnictwo chwalić i oczywiście będą mieli rację. Bo to nie
jest zła płyta! Po prostu ja miałem apetyt na coś więcej, niż "The Best Of" zagrany przy wywalonych korkach.
zespoł: Olaf Deriglasoff album:"XXX" wytwórnia: Mystic Production - 2014
skład: Olaf Deriglasoff - wokal, bas Robert Misiek Szymański - perkusja Andrzej Niski - gitara Wojtek Kuzyk - gitara Tomek Kasprol Kasprzyk - klawisze, bas, skrzypce + Goście utwory: CD 1: Pieśń o Bohaterze | XXX Lat na Dziurawej Łodzi | Szuwary | Kosmodres | Marynarza Grób | Jesienna Deprecha | Emeryten Party | Ja Tu Jeszcze Wrócę | Arkadiusz | Maljčiki | Szpaner | Norwegia | Carrer Ample | Danka | Falochron CD 2: Chłopcy i Dziewczyny | Grzeczny | Kolacyja | Maratoner | Noże | Komandor Tarkin | Menda | Hola Goga | Perełka | Leżę, Leżę | Sopocka Plaża | Amorte | Jednorazowy | Siedzę, Siedzę | Mars Napada
Słuszny wzrost, budząca respekt
postura, szeroki, zawadiacki uśmiech, demoniczne spojrzenie, a na
samym szczycie dumnie lśniąca łysa glaca. Tak, Olafa Deriglasoffa
zwyczajnie nie da się nie zauważyć ani z kimkolwiek pomylić.
Od 30 lat artysta aktywnie uczestniczy
w polskiej scenie muzyki rockowej i alternatywnej. Dla wielu
„niedzielnych” słuchaczy, którzy niezbyt wnikliwie śledzą
składy swoich ulubionych zespołów jest on zapewne tylko „zabawnym
wielkoludem” z teledysków Kazika czy Püdelsów, charakterystycznym
gitarzystą wyróżniającym się spośród pozostałych członków
bandu, z którym akurat pojawia się na scenie. Nierzadko wszak bywa, że człowiek drugiego albo i trzeciego planu faktycznie okazuje się być motorem napędowym przedsięwzięcia. Dzieci Kapitana
Klossa, Apteka, Kury, Homo Twist, KNŻ, Yugoton, czy wcześniej
wspomniani Kazik Staszewski i Püdelsi – to najważniejsze formacje,
w których Deriglasoff uczestniczył jako muzyk, a często przede
wszystkim twórca i współtwórca materiału, od kompozycji po
teksty. W 2005 r. ukazała się pierwsza płyta sygnowana nazwą
Deriglasoff Band - „Produkt”. Na krążku znalazły się takie
(obecne) klasyki gatunku, jak „Kosmodres”, „Amorte” czy
„Siedzę, Siedzę”. Sześć lat później, rockowymi
rozgłośniami radiowymi zawładnął znakomity utwór „Dyabeu”,
zwiastujący drugie dziecko zespołu Olafa - album „Noże”,
którego nakład w dość krótkim (jak na niezależne wydawnictwo)
czasie, dosłownie wymiotło ze sklepów.
Cisza w obozie Deriglasoff Band
zwiastowała ostatnimi czasy, że coś ewidentnie się szykuje. I
faktycznie, kilka dni temu, nakładem Mystic Production, ukazało się
muzyczne podsumowanie trzech dekad twórczej działalności artysty -
Olaf Deriglasoff„XXX” - 2 płyty / 30 utworów / ponad 2 godziny
muzyki / znakomici goście / zaskakujące przeróbki dobrze znanych
numerów / niecałe 40 zł do wydania. Dla każdego fana polskiej
sceny alternatywnej – pozycja zdecydowanie obowiązkowa.
Nie
jest to na szczęście klasyczny „the best of”, czyli zlepek
najpopularniejszych piosenek powyciąganych z różnych albumów i
wepchniętych bez ładu i składu na inny nośnik. To by było zbyt
proste dla Pana Deriglasoffa, którego wyobraźnia muzyczna zdaje się
być nieograniczona. Podobnie, jak jego poczucie humoru. Jak można
było się spodziewać, muzyk podszedł do sprawy nieszablonowo i
z niemałym zapałem.
Co znajdziemy na krążkach? Długo by
wymieniać... „Szuwary” z repertuaru Püdelsów zaśpiewane
przez Melę Koteluk, „Jesienna Deprecha” Tymona Tymańskiego
znakomicie „wypłakana” przez Czesława Mozila, Titus w utworze
Homo Twist „Arkadiusz”, yugotonowe „Malcziki” (tutaj
„Maljčiki") w mrocznej, industrialnej wersji, zaśpiewane w
oryginale, kultowy numer Apteki „Chłopcy i Dziewczyny”, z
gościnnym udziałem Michała Figurskiego, „Noże” - głos
kobiecy: Anna Maria Jopek (!), koncertowe, akustyczne „Amorte”
(piękna, nastrojowa wersja). O tym, że „Siedzę, Siedzę”
informuje słuchacza Sidney Polak, a o tym, że „Mars Napada”
obwieszczają na głosy: Joanna Kondrat, Bela Komoszyńska, Misza
Figurski, Kuba Quka Kawalec, Igor Seider, Piotr Gutek Gutkowski,
Wojtek Kuzyk i sam Olaf Deriglasoff, którego niski głos i
perfekcyjna dykcja są ozdobą wszystkich numerów. Uff, sporo
tego. Może „co za dużo, to niezdrowo”? Według mnie absolutnie
nie, choć moje zdanie, jako miłośnika takiego grania, będzie
zapewne mało obiektywne. Słuchając longiem obu płyt, niektórzy
mogą poczuć pewne znużenie, głównie z powodu długości
materiału. Warto wczytać się w dołączony do wydawnictwa
booklet, w którym każdy utwór został przez Olafa krótko i
treściwie opisany. Sporo anegdot i specyficznego (dla mnie
wybornego) poczucia humoru.
Ciekawy przypadek, że the best of
jednego tylko artysty może być istnym kompendium wiedzy o jakże
wielu rejonach rodzimej sceny muzycznej z jej najlepszych lat. Olaf
Deriglasoff, tworząc podsumowanie 30 lat kariery, stał się przy
okazji autorem swoistej, dźwiękowej encyklopedii krajowego grania.
To tylko świadczy o tym, jak wiele osobiście do niego wniósł.
Szacunek!
zespół: VADER album: "Tibi Et Igni" wytwórnia: Nuclear Blast Records - 2014
skład: Peter - gitary, wokal Spider - gitary James - perkusja Hal - bas
utwory: Go To Hell | Where Angels Weep | Armada On Fire | Triumph Of The Death | Hexenkessel | Abandon All Hope | Worms Of Eden | The Eye Of The Abyss | The Light Reaper | The End
Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, jak
znakomitą i rozpoznawalną w świecie marką jest zespół Vader.
Założona w 1983 r. formacja zdaje się być jak porządne wino –
z wiekiem nabiera coraz więcej smaku, intensywnieje i szlachetnieje
nie tracąc przy tym pierwotnej mocy. I, co najważniejsze, nie trąci
korkiem.
W tej przebogatej karierze zdarzały
się olsztynianom niewielkie „potknięcia” (czyt. płyty nie do
końca dobrze odebrane przez fanów i krytykę), co jednak wcale nie
oznacza, że były to słabe albumy czy jakieś utwory zrobione
totalnie od czapy. Zjechany równo krążek „Necropolis” z 2009
r. miał oczywiście słabsze momenty, jednak bronił się jako cała,
spójna i ogólnie porządna płyta. Za mało Vader w Vader? Bzdura.
To był 100% roztwór mocno nasycony deathmetalową esencją. Widać
ludzie mieli wówczas smak na inny rodzaj mocy. Ja nadal słucham go
często i z przyjemnością.
Wydany dwa lata później „Welcome To
The Morbid Reich” zdecydowanie był ukłonem zespołu w stronę
tych fanów, którzy tęsknili za starym, bezkompromisowym
brzmieniem, do jakiego Peter przez lata konsekwentnie ich
przyzwyczajał. Materiał dosłownie urywał łeb.
Na „Tibi Et Igni” kazali nam czekać
kolejne trzy lata. Czy było warto?
„Dla Ciebie i Ognia” - tak brzmi
polski tytuł nowego dziecka Vader. I faktycznie – materiał
chwilami pluje ogniem z głośników. Otwierający krążek utwór
„Go To Hell” rozpoczyna się ponurym intro, które narastając
przechodzi z orkiestracji prosto w gitarowo - blastyczny galop. Nie
ma przebacz. Ostro, szybko i dynamicznie. Oto death metal szlachetny!
„Where Angels Weep” i „Armada On
Fire” kontynuują tę jakże intensywną jazdę. Uwagę przykuwają
wściekłe solówki, którymi raczą na zmianę Peter i Pająk
(sprytnie oznaczono je w książeczce z tekstami – piktogramy w
tekście utworu informują kto kiedy masakruje swoją gitarę ;)
Wokal Petera brzmi fenomenalnie. Growl
jest głęboki i potężny, a jednocześnie idealnie czytelny. Słucha
się znakomicie. „Triumph Of Death” - niejeden pan „true”
zapewne się skrzywi słuchając tego utworu. Jest niesamowicie
przebojowy i szybki. Wielu stwierdzi pewnie, że za bardzo. Moim
zdaniem to zdecydowanie mocny punkt tracklisty. Przypomina mi
katowską „Wyrocznię” w vaderowskiej wersji sprzed lat.
Death/thrash metal znakomicie zagrany. Docenicie na koncertach, kiedy
nie będziecie mieli już siły kręcić łbami do tej petardy ;)
„Hexenkessel” - mój faworyt. Utwór
wspaniale się rozwija, narasta od szybkiego marszu po kanonadę.
Tekstowo – czyżby Stalingrad...? Zupełnie, jakby człowiek trafił
w sam środek wściekłej, pancernej bitwy. Idealnie pasuje jako tło
do jednej z powieści Leo Kesslera o batalionie czołgowym SS Wotan.
„Abandon All Hope” już samym
tytułem informuje słuchacza, by porzucił wszelką nadzieję na
oddech ;) Jazda! Podwójna stopa tłucze wściekle, gitary tną
równym rytmem. W skrócie, cytując fragment tekstu: „(...)Welcome
to hell!!!!” Kolejny atak przypuszcza „Worms Of Eden”. Jest
coraz ostrzej. Gitary dziko skowyczą. I o to przecież
chodzi! Łapiemy powietrze... „The Eye Of The Abyss” ma
łagodne intro. Jego niepokój zwiastuje burzę. Melodyjna solówka
Pająka budzi do życia vaderowską machinę wojenną. Rozpędzony,
energetyczny numer, którego zamknięcie ponownie należy do gitary
Pająka. Wirtuozersko.
Przedostatni na liście, „The Light
Reaper”, to również typowy, wściekły Vader w najwyższej
formie. Panowie nawet na moment nie schodzą poniżej pewnego poziomu
ładunku energii. Są tu zwolnienia, lecz nawet one są ciężkie i
miażdżące jak przejazd walcem.
Płytę (w wersji jevelbox – a taką
tylko mam) zamyka (a jakże ;) utwór „The End”. Melorecytacje w
kantach – growl w refrenach. Tłuściutkie, soczyste brzmienie.
Numer zdecydowanie „hymnowy”. Majestatyczny, mocny, transowy.
„Is this the end now? (...)
This is not the end This is NOT the
end now!”
„Tibi Et Igni” to według mnie
kolejny znakomity album w dorobku Vadera. Przykuwa uwagę od początku
do końca. Jest różnorodny brzmieniowo, bogaty w dźwięki a przy
tym konkretny, ciężki i po brzegi wypełniony agresją. Czy
odkrywczy? A po co?! Vader już nie musi gubić się w poszukiwaniach
swojej artystycznej drogi. Peter znalazł ją dawno temu i
nieustępliwie nią podąża, nie oglądając się na innych. Za to
należy się wielki szacunek Jemu i formacji, którą stworzył i
którą od lat kieruje. Wymagać do Vader zmian czy oskarżać ich o
wtórność to jak żądać od Lemmy'ego, by skierował Motörhead ku
powermetalowym czy (o zgrozo) symfonicznym poletkom. Siłą grupy Vader jest wierność stylowi i
konsekwencja w działaniu. „Dla Ciebie I Ognia” to tego najlepszy
dowód.
„In our dreams we may live forever
Immortal, indestructible Like a god
on the Throne Like god on the Throne (...)”