Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska muzyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 stycznia 2015

Ciężka jazda nr 12 - recenzja: Dr Misio "Pogo"

zespół: Dr Misio
album: "Pogo"
wytwórnia: Universal Music Polska - 2014


skład:
Arkadiusz Jakubik - wokal
Paweł Derentowicz - gitara
Mario Matysek - gitara basowa
Radek Kupis - klawisze
Janek Prościński - perkusja

utwory:
Pogo | Pedagogika | Sekta | Modlitwa | Metro | Powstaniec | Hipster | Klub Trup | 
Ona wie | Wrzesień | Parada | Sam sobie


Jeszcze nie tak dawno, kiedy znany aktor brał się za śpiewanie, najczęściej oznaczało to jedno: Przegląd Piosenki we Wrocławiu. Wiersze Osieckiej, Młynarskiego albo Okudżawy czy w nielicznych, ambitnych przypadkach tłumaczenia dzieł Nicka Cave'a. Dramatycznie przeinterpretowane wykonania, gibanie się nisko na nogach przed mikrofonem i wreszcie wypuszczenie albumu nakładem fabryki płytowej wypluwającej masowo wszelakie dzieła sztuki „wyższej” - paskudnie wydane, źle brzmiące i potwornie męczące, choć nie jest to oczywiście regułą.

W 2008 roku na scenę muzyczną zapragnął wskoczyć Arkadiusz Jakubik, aktor z gatunku tych, którzy raczej na drobne się nie rozmieniają.
Stanął przed mikrofonem w powyciąganym podkoszulku na ramiączkach, znoszonych gaciach i w okularach przeciwsłonecznych. Za nim ustawił się zespół czterech muzyków. Przedstawili się Polsce jako Dr Misio. I zagrali rocka!
Płyta „Młodzi”, wydana w 2013 roku, narobiła sporo szumu. Producentem materiału został mianowany Olaf Deriglasoff, zaś do zaaranżowania dwóch z trzynastu utworów zaproszono Mateusza Pospieszalskiego.
Mało? To jeszcze dwa nazwiska: Varga i Świetlicki. Ich teksty, a w zasadzie wiersze, to chyba najistotniejszy element składowy działalności grupy Dr Misio. Przy doborze warstwy słownej, Jakubik i ekipa nie poszli na łatwiznę. Wręcz przeciwnie – wzięli na warsztat piekielnie trudne do śpiewania poezje. Połamane, potrzaskane, ponure i mocne. Rymowanki? Zbędne. Zespół udowodnił, że nawet tak „nieśpiewalny” materiał można umiejętnie chwycić i wspaniale ubrać w dźwięki. I to ostre, mroczne i dynamiczne.
Do tego jeden teledysk w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Kolejny, będący dziełem Krzysztofa Skoniecznego, otrzymał nominację do Złotej Żaby na Festiwalu Camerimage.
Mnóstwo koncertów, szybka reedycja płyty „Młodzi” z dołączonym DVD live. Ufff... Ależ debiut!


Minął rok i Dr Misio ponownie urodził, tym razem zapraszając słuchaczy do „Pogo”. Nazwiska pozostały te same. Zwiększyła się natomiast rola Olafa Deriglasoffa. Pan producent przyozdobił nowy materiał swoim niskim głosem (w chórkach), a także wypełnił kompozycjami przestrzeń pomiędzy utworami.
Teksty to ponownie dzieła Krzysztofa Vargi i Marcina Świetlickiego. Pomiędzy nimi pojawił się także wiersz „Ona wie” Norwida.
Jaka jest więc nowa płyta zespołu? To naturalna następczyni albumu „Młodzi”. Styl formacji pozostał, na szczęście, niezmieniony. Wciąż jest to kawał porządnie zagranego, właściwie przybrudzonego miksu rock'n'rolla i alternatywy. Wyraźnie wybija się wizja artystyczna Deriglasoffa, który jako producent miał przecież znaczący wpływ na brzmienie materiału. Kompozycje zdają się być bardziej przemyślane od tych, które znalazły się na debiucie. Aranżacje są ciekawsze. Bogactwo dźwięków sprawia, że na płycie nie ma „pustych przelotów”. Każda z 46 minut została umiejętnie i z wyczuciem wypełniona. Utwory płynnie przechodzą jeden w drugi. Taki stan pięknie oddaje już sam tytuł krążka. „Pogo” wciąga, trwa, narasta i wypuścić nie chce. Falujemy wraz z otaczającym nas muzycznym oceanem. Raz sztorm a raz łagodna tafla, pod którą cały czas coś się czai. To zdecydowanie nie jest basenik dla dzieci.
Arek Jakubik znowu jest tu po prostu wokalistą zespołu rockowego. Dr Misio to nie kolejna jego rola. Studio czy koncerty to nie plan filmowy. Nikt mu niczego nie narzuca. Nie ma trzymającego za mordę reżysera. Jako frontman jest w swoim żywiole, którym sam rządzi od początku do końca. Śpiewa to, co sobie wybierze i „poczuje”. Emocje w jego głosie nie są sztuczne czy wyuczone. On naprawdę spala się do cna wraz z każdym kolejnym wersem. Każdy brud i każdy ból, jakim przepełnione są wykonywane przez zespół poezje, Jakubik odczuwa najbardziej i naprawdę. Bez aktorzenia. Ta szczerość w przekazie udziela się słuchaczowi w bardzo silnej dawce. Po przesłuchaniu „Pogo” ma się wrażenie, że właśnie wypełzło się z ludzkiego magla, by po chwili wytchnienia bezwiednie na powrót do niego wejść.
Teksty, które trafiły na płytę to tradycyjnie już dzieła ciężkiego kalibru. Przytłaczające i ponure. Mocno doprawione ironią i gorzką, celną satyrą. Historie spisane przez wnikliwych obserwatorów naszego świata nie głaszczą nas po głowach. Są jak odłamki szkła wbijające się w ciało, wpadające do oczu, krążące we krwi. Bolą, to oczywiste. Ale czego innego można się spodziewać? Poezja zrodzona z syfu życia nie będzie kolorowa. Włączając „Pogo” podejmujemy świadomą decyzję o wskoczeniu do kanału, którym płyną uczucia i emocje. Silny prąd niesie ze sobą przeróżne odpady ludzkiej codzienności. Te negatywne lecz także te dobre, które trafiły tam przez zwykłą głupotę czy zapomnienie i stopiły się w jednolity, oblepiający szlam.

Zatem: miłej kąpieli...


Linki:

niedziela, 12 października 2014

Ciężka jazda nr 9 - recenzja: KAT & Roman Kostrzewski "Buk - akustycznie"

zespół: KAT & Roman Kostrzewski
album: "Buk - akustycznie"
wytwórnia: Mystic Production - 2014

skład:
Roman Kostrzewski - wokale
Michał Laksa - bas
Krzysztof "Pistolet" Pistelok - gitara
Piotr Radecki - gitara
Jerzy Piotr Pęczek - perkusja
gościnnie:
Marek Romanowski - kontrabas

utwory:
Czas Zemsty | Śpisz Jak Kamień | Łza Dla Cieniów Minionych | Odi Profanum Vulgus | Spojrzenie | Diabelski Dom cz. 1 | Głos z Ciemności | Robak | Szkarłatny Wir |
Wolni Od Klęczenia | Łoże Wspólne Lecz Przytulne | Trzeba Zasnąć


Nagranie albumu „bez prądu” to dla wykonawcy często duże ryzyko. Można powiedzieć, że w pewnym sensie artysta podejmuje się stworzenia ciekawych coverów własnej twórczości, a dokonanie tej sztuki jest trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Odłączenie wzmacniaczy i przesterów jest dodatkowo prawdziwym testem umiejętności muzyków. Obnaża wszelkie braki warsztatowe i jak na dłoni ukazuje, czy gra nam artysta, czy rzemieślnik. Oto egzamin z otwartości, wszechstronności i muzycznej wrażliwości.

Istnieją dwa rodzaje produkcji unplugged:
Pierwsza odmiana zwykle prezentuje się następująco: zespół wybiera utwory, muzycy zamykają się w sali prób i kombinują, bawią się, eksperymentują z instrumentarium, niejednokrotnie całkowicie zmieniają aranżację. Znane numery przeistaczają w niemal zupełnie nowe kompozycje. Słuchacz bowiem lubi być zaskakiwany.
Inna droga, to ta na skróty: wybór utworów → wyciągnięcie wtyczek → wciśnięcie przycisku „record”. Odegranie materiału akord w akord, bez zbędnego ryzykanctwa. 


Którą drogę wybrał Roman Kostrzewski?

Płytę „Buk – akustycznie” mam od kilku tygodni. Przez ten czas zdążyłem wielokrotnie posłuchać całego materiału. Jako miłośnik twórczości formacji Kat, postanowiłem podejść do tematu możliwie wnikliwie i dokładnie, a przede wszystkim obiektywnie, zapominając na ten czas, jak ważna jest dla mnie muzyka tego zespołu.

I niestety, nie postawię temu albumowi pomnika. A Diabeł mi świadkiem - chciałbym...

Na długo przed wydaniem najnowszej płyty, Kat z Romanem, na koncertach wplatał w setlistę akustyczne wersje zarówno klasyków jak i utworów z poprzedniej studyjnej płyty „Biało Czarna”, co spotykało się z wyłącznie pozytywnym przyjęciem przez publiczność. Wtedy w zespole zrodził się pomysł, by opracować i wydać krążek w takim właśnie stylu.

Nieszczęśliwie, panowie weszli do studia z ukierunkowaniem na – wcześniej wspomnianą – drogę „na skróty”. To, co świetnie sprawdzało się podczas występów, tutaj zawiodło.
Na płycie znalazło się dwanaście utworów, z czego dziewięć to absolutne klasyki, jak choćby „Czas Zemsty”, „Diabelski Dom cz. 1” czy „Odi Profanum Vulgus”, dwa numery z „Biało Czarnej” oraz jeden instrumental. Tracklista mocno elektryzująca każdego fana katowickiej formacji. Od razu budzi się ciekawość: jak to będzie brzmiało? Jak zagrali ostre partie na akustykach? Czy udanie przekuli najczystszy, twardy metal w łagodną materię, nie niszcząc przy tym jego struktury?
To ostatnie akurat się udało... „Buk – akustycznie” zawiera w sobie niemal wyłącznie znakomicie odegrane utwory, praktycznie bez jakiejkolwiek zabawy aranżacjami. Instrumenty brzmią bardzo dobrze, lecz niestety styl gry nie odbiega od wersji oryginalnych. Każdy z muzyków gra równo jak maszyna, nie siląc się na choćby odrobinę improwizacji. Te same akordy, te same partie solowe. 

Głosem i charyzmą Romana Kostrzewskiego można by obdzielić niemal całą polską scenę muzyczną, a i dla świata dużo by jeszcze zostało. Kat w wersji „bez prądu” to jeszcze więcej Romana (i to jest znakomite). Jego wokal jest tu bardziej wyeksponowany, śpiewane słowa są czytelniejsze niż zwykle. Można się prawdziwie zasłuchać i na nowo odkrywać jego specyficzne, trudne lecz hipnotyzujące wiersze.


Ewidentną pomyłką jest dla mnie umieszczenie na tej płycie utworów z „Biało Czarnej”, które brzmią i-den-tycz-nie, jak oryginały. Jedyną różnicą jest brak przesteru. Nie wiem, być może są to jeszcze zbyt „świeże” numery, by pasowały do reszty. A może są zbyt proste kompozycyjnie i nie było „z czego” ciekawie zagrać? Wybitnie uwypukliło się to po wykonaniu ich na akustykach (co ciekawe, w oryginalnych wersjach są fenomenalne). Na tle starszych utworów, w których powstawaniu główny udział miał Piotr Luczyk, wypadają raczej blado. Nawet Kostrzewski ich nie ratuje. Wokale brzmią w nich tak, jakby po prostu przeklejono ścieżki z normalnej, „prądowej” sesji, choć z całą pewnością tak nie było. To po prostu efekt jego olbrzymiego doświadczenia i rutyniarstwa. Tylko czy ta rutyna nie tłumi nieco artyzmu?

Wspaniała niespodzianka czeka natomiast w zamykającym płytę utworze „Trzeba Zasnąć”. Jaka? Powiem tylko, że transowa, płynąca i zjawiskowo piękna swą treścią.

Owszem, wiele jest albumów unplugged nagranych w taki właśnie sposób – ot, po prostu. Nagranie własnych utworów bez poważnych przeróbek aranżacyjnych, dokonując jedynie zmiany brzmienia instrumentów nie jest w żadnym wypadku czymś złym. Nie jest błędem, ani lekceważeniem fanów. Nie przypuszczam także, by był to zwykły skok na kasę, przynajmniej nie w przypadku Kata i Romana Kostrzewskiego. Jak chcieli – tak zrobili. Wyszło do bólu poprawnie i fachowo. Wielu ludzi będzie to wydawnictwo chwalić i oczywiście będą mieli rację. Bo to nie jest zła płyta! Po prostu ja miałem apetyt na coś więcej, niż "The Best Of" zagrany przy wywalonych korkach. 
Ależ szkoda, że to nie jest koncertówka...


Linki:

sobota, 9 sierpnia 2014

Ciężkie Newsy: Powrót polskiej legendy

W latach 90 święcili triumfy.
Albumy "Cyborgs Don't Sleep" oraz "Diablos Tequilos" po dziś dzień są przez wielu uznawane za niemal kultowe płyty polskiej sceny metalowej.
Energia, moc, niesamowite koncerty i charakterystyczne poczucie humoru - to ich znaki rozpoznawcze.
W październiku, po dłuuugiej przerwie, na rynku pojawi się ich najnowsze dzieło, zatytułowane "Sugar, Death and 222 Imperial Bitches".
O kim mowa?
...
Dokładnie tak! Grupa Tuff Enuff powraca!

 

Obecny skład nie zmienił się zbytnio. Ziuta, Sivy, Qlos i Taracha - czyli zaprawiona w bojach, tuff'owa ekipa została wzmocniona dolewką świeżej krwi. Za bębnami zasiadł Łukasz "Luk" Jeleniewski, kompan Qlosa z Lipali, który zmienił na stanowisku zapracowanego mocno Maryana.

Jak będzie? Wszystko wskazuje na to, że znakomicie. Udostępniony przez Tuff Enuff teaser nowego albumu nie pozostawia wątpliwości - mocy, energii i konkretnego łojenia tu nie zabraknie.
Mnie najbardziej wpadł w ucho fragment ostatniego prezentowanego utworu, "Wróć do korzeni", którego brzmienie i maleńki fragment treści słownej nieodparcie skojarzył mi się z czymś na kształt "apelu" do formacji Frontside. Oczywiście nie sądzę, by takie były intencje Tuff, ale ja właśnie tak odebrałem tych kilka udostępnionych sekund.

Pozostaje cierpliwie poczekać na efekt końcowy. Premiera 10 października 2014.

Teaser wrzucam poniżej:




poniedziałek, 30 czerwca 2014

Ciężka jazda nr 8 - recenzja: Illusion "Opowieści"

(Info dla leniwych lub niecierpliwych - recenzja jest niżej.)
Tytułem wstępu:

W 1999 r. zespół Illusion zakończył działalność, a tysiące fanów tej trójmiejskiej formacji, w tym oczywiście ja, włożyło żałobne barwy. Skończyło się bowiem coś bardzo ważnego. Muzyczny ewenement, którego istnienie trwało zdecydowanie zbyt krótko, w jednej chwili osierocił całą rzeszę swych wiernych i oddanych wyznawców. Na polskiej scenie powstała wielka dziura, której wypełnienie równie wartościową treścią zdawało się być niemożliwością. Zrobiło się pusto i cicho...


Tomasz „Lipa” Lipnicki stworzył zespół wybijający się ponad przeciętność, nieszablonowy, łamiący konwencje. Illusion był wówczas taki... niepolski, ale jednocześnie do bólu nasz. Potężny ładunek agresywnych, ciężkich dźwięków, fantastycznie wściekły wokal, dynamika i zróżnicowanie kompozycji oraz to, co dla wielu najważniejsze: teksty – zdecydowanie najmocniejszy punkt twórczości grupy. Inteligentne słowa, istotne tematy, głośne piętnowanie wszelakiej ludzkiej głupoty, każdej patologii i zła. Uwagę zwracała różnorodność: mocne teksty, a obok nich osobiste wiersze, które Lipa przemieniał w nastrojowe, mądre utwory. Tak, Tomasz Lipnicki jest nie tylko wybornym tekściarzem ale chyba przede wszystkim poetą polskiego rocka.
Ta kombinacja ostrej muzyki, ważnego, czytelnego przekazu i niesamowitej charyzmy frontmana okazała się strzałem w dziesiątkę. Illusion weszło do masowej świadomości i trwale się w nią wżarło.


Pięć albumów, w tym Illusion "4 – Bolilol Tour” - według mnie jedna z najlepszych, jeżeli nie najlepsza w ogóle koncertówka w historii polskiego rocka, zapadające w pamięć teledyski, mnóstwo występów, „(…) wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy”. Aż tu nagle... STOP!


W 2000 r. Lipa powołał do życia solowy projekt Lipali. Na taką wiadomość czekało mnóstwo „sierot” po Illusion. Niestety, wielu srodze się zawiodło. Złość i szybkość ustąpiły tu miejsca spokojnej, jakże innej niż dotąd muzyce. Album „Li-Pa-Li” zdecydowanie nie był tym, na co czekali spragnieni swojej porcji ciężkiego grania fani. Niemniej jednak płyta potrafiła przykuć uwagę. Tradycyjnie materiał czarował tekstami, a dźwięki cóż... Były po prostu inne. Zamykając oczy i zapominając na chwilę o korzeniach formacji można było się zasłuchać.
Kolejny album Lipy i spółki (Łukasz „Luk” Jeleniewski – perkusja i Adrian „Qlos” Kulik – bas /obaj dołączyli w 2003 r./), "Pi", pokazał, że grupa kieruje się na gitarowy, mocny tor. Choć ostro promowany w rozgłośniach singiel „Jeżozwierz” z ich następnej płyty „Bloo” był utworem lżejszym i przesadnie łatwo wpadającym w ucho, to Lipali potrafiło pokazać pazur. Luk, perkusista ceniony zarówno w kręgach rockowych jak i na wymagającej scenie jazzowej, przykuwał uwagę pełną polotu grą, równie swobodną przy szybkich, ciężkich numerach, jak i w tych łagodnych, zmuszających do większej precyzji i wyczucia. Lipa nadal pisał świetne słowa, wciąż potrafił od serca zaryczeć, zespół zaczął zyskiwać coraz większą popularność a społeczność oddanych fanów szybko rosła w siłę. Formacja zaczęła dużo i regularnie koncertować, dając się poznać jako perfekcyjna maszyna sceniczna.
Z każdym kolejnym albumem Lipali nabierało mocy, dojrzewało i rosło. Równolegle, pamięć o Illusion delikatnie blakła, ale też tęsknoty było jakby mniej. Ludzie niechętnie pogodzili się z faktem, że zespół raczej nie zostanie wskrzeszony. Na scenie istniała bowiem inna, silna formacja, której udało się wspomnianą wcześniej „wyrwę w polskiej scenie” skutecznie zasypać.
W 2011 r. Lipali wypuściło fenomenalny album koncertowy „Akustyk Live”. Na dołączonym DVD wyraźnie widać było, że zespół to jeden organizm, a sam Lipa sprawiał wrażenie artysty szczęśliwego, spokojnego muzyczną stabilizacją. Aż tu nagle...
W tym samym roku na rynku ukazał się album – kompilacja „The Best Of Illusion”. Niby nic niezwykłego. Największe klasyki na jednej płycie. Takich wydawnictw pojawia się przecież wiele. I tak by było i w tym przypadku, gdyby nie pewne szczegóły: dwa niepublikowane utwory - „Tron” oraz „Solą w oku”. Do tego drugiego powstał nawet teledysk. Starzy fani Illusion wyrwali się z długoletniego letargu. Na forach wszelkiej maści rozgorzały dyskusje o rychłej reaktywacji legendarnej grupy.


Rok później Tomasz Lipnicki, Paweł Herbasch, Jerzy Rutkowski i Jarosław Śmigiel dolali oliwy do i tak mocno już płonącego ognia. Illusion ponownie stanął na scenie! Panowie zagrali niewielką, trzykoncertową trasę, podczas której zarejestrowano album „Live”. Dwa krążki, CD i DVD, miały dać odpowiedź tym, którzy na występy osobiście nie dotarli, w jakiej formie jest obecnie zespół. Materiał oczywiście zawierał wszystkie najsłynniejsze kompozycje grupy, produkcja zarówno audio jak wideo stała na wysokim poziomie. Słuchając wyłącznie zapisu dźwiękowego nie miałem specjalnie do czego się przyczepić. Oczywiście koncert nie miał w sobie takiej cudownie przybrudzonej spontaniczności i energii co „Bolilol Tour”, ale wszystko inne było tak, jak trzeba.


Zaskakująco dla mnie samego, zapis wideo mnie nie powalił. Nie dlatego, że wyglądał źle. Kamery zarejestrowały to, co miały zarejestrować, jednakże ich obiektywy uchwyciły coś jeszcze – w występie Illusion nie było widać „chemii” między muzykami. Odniosłem wrażenie, że na tej wielkiej scenie każdy z członków grupy jest zupełnie sam, w swoim świecie. Nic nie iskrzy, wszelkie interakcje zdają się być trochę na siłę. Przyszli, zagrali, poszli. Każdy w swoją stronę. Być może to tylko i wyłącznie moje odczucie. Może wcale nie było tak, jak mi się wydawało. Może wspólny występ po latach, przed liczną, wygłodniałą publiką wywołał w muzykach Illusion tremę silniejszą niż zwykle? Nie wiem, nie będę drążył. Krążka z zapisem dźwiękowym słucham wciąż często i z ogromną przyjemnością. DVD kurzy się na półce.
Illusion grało a Lipali równocześnie tworzyło nowy materiał. Cztery miesiące po premierze koncertowego wydawnictwa swojej starej formacji, Lipa oraz Qlos i Luk wypuścili na rynek zdecydowanie najlepszy album w karierze Lipali - „3850”. Nagrywany w studio Rolling Tapes w Górach Sowich zawierał wspaniałe kompozycje, od tych delikatnych po wściekłe. Narodziły się refleksyjne i bardzo osobiste „Popioły”, genialny, bijący mocno i celnie protest-song „Oburzeni” czy „Najgroźniejsze Zwierzę Świata” - oficjalna piosenka XXI finału WOŚP.
Lipali wróciło na z góry upatrzoną pozycję, czyli na sam szczyt. A co z Illusion...?
Jeden lider, dwa ważne zespoły, z obu stron duże oczekiwania fanów. Sytuacja nie do pozazdroszczenia. Lipy wyścig ze sobą samym? Twórcza walka o różnorodność brzmień obu formacji? Która ważniejsza? Która bliższa sercu? Która priorytetem? Czy to w ogóle wykonalne?

Tomasz Lipnicki, w jednym z wywiadów, postawił sprawę jasno:
"Lipali to żona, którą kocham i chcę z nią grać, a Illusion to kochanka na boku, z którą kiedyś byłem, ale okazało się, że fajne relacje między nami pozostały, więc chcemy chodzić ze sobą od czasu do czasu do łóżka".
/Onet Muzyka ; 27 marca 2014/

W 2014 roku Illusion wydaje swój kolejny album studyjny - „Opowieści”.

Przechodzę do meritum.


zespół: Illusion
album: „Opowieści”
wytwórnia: Presscom – 2014


skład:
Tomasz „Lipa” Lipnicki – wokal, gitara
Paweł Herbasch – perkusja
Jerzy „Jerry” Rutkowski – gitara
Jarek Śmigiel – bas

utwory:
O trudzie wyboru | O iluzjach | O historii gatunku | O pracy nad sobą | Oddech | O przyszłości | O wartościach i prawdach wszelakich | O empatii | O pamięci po sobie


Do opisania tego albumu zbierałem się bardzo długo. Przede wszystkim z mojego olbrzymiego szacunku dla dokonań zespołu Illusion oraz z uwagi na wspomnienia, jakie mam z nim związane. Nie chciałem popełnić faux pas wynikającego z niedosłuchania czy niezrozumienia.
Bardzo czekałem na tę płytę, kompletnie nie wiedząc, czego mam się po niej spodziewać. Taki element niespodzianki to fajna rzecz. Nawet upublicznienie singla „O przyszłości” nie rozwiało całkowicie mgiełki tajemnicy. To cecha wykonawców dużego kalibru – nigdy do końca nie wiadomo, co będzie. Zwłaszcza, po tak długiej przerwie w tworzeniu.
Tomasz „Lipa” Lipnicki jest już artystą dojrzałym, lecz w żadnym razie nie przejrzałym. To człowiek inteligentny i szalenie wrażliwy. Wnikliwy obserwator rzeczywistości, potrafiący wspaniale przekuć własne przemyślenia w utwór muzyczny z tekstem zrozumiałym i bliskim słuchaczowi.
Pozostali muzycy Illusion to przecież również wielkie postaci polskiej muzyki. Nie tylko sprawni technicy dźwiękowego rzemiosła, ale nade wszystko instrumentaliści świetnie „czujący” sztukę.
To po prostu musiało znów odpalić!


„Opowieści” niejednego słuchacza zaskoczą. Tych, którzy spodziewali się łojenia a'la legendarna „Vendetta”, pierwsze przesłuchanie może nieco zbić z tropu. Illusion brzmi łagodniej, choć ich muzyka nadal aż kipi energią i emocjami. Nie da się uniknąć porównań z dokonaniami Lipali, ale też nie można oceniać płyty wyłącznie pod kątem podobieństw w obu zespołach. Wiadomo przecież, że na czele jednego i drugiego stoi ten sam charyzmatyczny frontman.
Jakie zatem jest najnowsze dziecko Illusion? Czasem delikatnie acz szczerze jadowite („O iluzjach”), chwilami refleksyjne („O przyszłości” - ukłon zespołu w stronę starych, wiernych fanów), momentami ciche i senne („Oddech”), innym razem wylewające swoją złość („O wartościach i prawdach wszelakich”). Transowe i poetyckie („O pamięci po sobie”) i dynamicznie pędzące przed siebie („O trudzie wyboru”). Wartościowe w każdej nucie i w każdym słowie.
To dziecię dojrzałe. Mądre doświadczeniem swych stwórców. Poród był zapewne ciężki, lecz w pełni samodzielny. Warto było się pomęczyć w bólach partych.

Aby w pełni docenić płytę „Opowieści”, trzeba się z nią oswoić. Wsłuchać się po brzegi, wchłonąć dźwięki, przeczytać teksty. Zanurzyć się w głębię i odpłynąć. I myśleć, myśleć, myśleć...

„Wachlarzem doznań
Rozumu ogień wzmóc
Cieszyć się swoim ja
Ze względu na czas
Tak mało go mało dla nas!”
„O pracy nad sobą”

Legendarny zespół Illusion powrócił płytą przemyślaną, bardzo mądrą i piękną, choć zdecydowanie nie łatwą. Słuchacz bezrefleksyjny raczej jej nie pokocha, natomiast odbiorca angażujący do przeżywania muzyki nie tylko uszy, ale również mózg, będzie z niej czerpał niewymowną przyjemność.

Brakowało was, Panowie. Oj, brakowało. Dziękujemy, że znów jesteście!


Linki:

niedziela, 29 czerwca 2014

Ciężka jazda nr 7 - recenzja: Olaf Deriglasoff "XXX"

zespoł: Olaf Deriglasoff
album: "XXX"
wytwórnia: Mystic Production - 2014


skład:
Olaf Deriglasoff - wokal, bas
Robert Misiek Szymański - perkusja
Andrzej Niski - gitara
Wojtek Kuzyk - gitara
Tomek Kasprol Kasprzyk - klawisze, bas, skrzypce
+ Goście

utwory:
CD 1:
Pieśń o Bohaterze | XXX Lat na Dziurawej Łodzi | Szuwary | Kosmodres | Marynarza Grób | Jesienna Deprecha | Emeryten Party | Ja Tu Jeszcze Wrócę | Arkadiusz | Maljčiki | Szpaner | Norwegia | Carrer Ample | Danka | Falochron
CD 2:
Chłopcy i Dziewczyny | Grzeczny | Kolacyja | Maratoner | Noże | Komandor Tarkin | Menda | Hola Goga | Perełka | Leżę, Leżę | Sopocka Plaża | Amorte | Jednorazowy | Siedzę, Siedzę | Mars Napada


 Słuszny wzrost, budząca respekt postura, szeroki, zawadiacki uśmiech, demoniczne spojrzenie, a na samym szczycie dumnie lśniąca łysa glaca. Tak, Olafa Deriglasoffa zwyczajnie nie da się nie zauważyć ani z kimkolwiek pomylić.
Od 30 lat artysta aktywnie uczestniczy w polskiej scenie muzyki rockowej i alternatywnej. Dla wielu „niedzielnych” słuchaczy, którzy niezbyt wnikliwie śledzą składy swoich ulubionych zespołów jest on zapewne tylko „zabawnym wielkoludem” z teledysków Kazika czy Püdelsów, charakterystycznym gitarzystą wyróżniającym się spośród pozostałych członków bandu, z którym akurat pojawia się na scenie. Nierzadko wszak bywa, że człowiek drugiego albo i trzeciego planu faktycznie okazuje się być motorem napędowym przedsięwzięcia.
Dzieci Kapitana Klossa, Apteka, Kury, Homo Twist, KNŻ, Yugoton, czy wcześniej wspomniani Kazik Staszewski i P
üdelsi – to najważniejsze formacje, w których Deriglasoff uczestniczył jako muzyk, a często przede wszystkim twórca i współtwórca materiału, od kompozycji po teksty.
W 2005 r. ukazała się pierwsza płyta sygnowana nazwą Deriglasoff Band - „Produkt”. Na krążku znalazły się takie (obecne) klasyki gatunku, jak „Kosmodres”, „Amorte” czy „Siedzę, Siedzę”.
Sześć lat później, rockowymi rozgłośniami radiowymi zawładnął znakomity utwór „Dyabeu”, zwiastujący drugie dziecko zespołu Olafa - album „Noże”, którego nakład w dość krótkim (jak na niezależne wydawnictwo) czasie, dosłownie wymiotło ze sklepów.
Cisza w obozie Deriglasoff Band zwiastowała ostatnimi czasy, że coś ewidentnie się szykuje. I faktycznie, kilka dni temu, nakładem Mystic Production, ukazało się muzyczne podsumowanie trzech dekad twórczej działalności artysty - Olaf Deriglasoff „XXX” - 2 płyty / 30 utworów / ponad 2 godziny muzyki / znakomici goście / zaskakujące przeróbki dobrze znanych numerów / niecałe 40 zł do wydania. Dla każdego fana polskiej sceny alternatywnej – pozycja zdecydowanie obowiązkowa.


Nie jest to na szczęście klasyczny „the best of”, czyli zlepek najpopularniejszych piosenek powyciąganych z różnych albumów i wepchniętych bez ładu i składu na inny nośnik. To by było zbyt proste dla Pana Deriglasoffa, którego wyobraźnia muzyczna zdaje się być nieograniczona. Podobnie, jak jego poczucie humoru. Jak można było się spodziewać, muzyk podszedł do sprawy nieszablonowo i z niemałym zapałem.
Co znajdziemy na krążkach? Długo by wymieniać...
„Szuwary” z repertuaru P
üdelsów zaśpiewane przez Melę Koteluk, „Jesienna Deprecha” Tymona Tymańskiego znakomicie „wypłakana” przez Czesława Mozila, Titus w utworze Homo Twist „Arkadiusz”, yugotonowe „Malcziki” (tutaj „Maljčiki") w mrocznej, industrialnej wersji, zaśpiewane w oryginale, kultowy numer Apteki „Chłopcy i Dziewczyny”, z gościnnym udziałem Michała Figurskiego, „Noże” - głos kobiecy: Anna Maria Jopek (!), koncertowe, akustyczne „Amorte” (piękna, nastrojowa wersja). O tym, że „Siedzę, Siedzę” informuje słuchacza Sidney Polak, a o tym, że „Mars Napada” obwieszczają na głosy: Joanna Kondrat, Bela Komoszyńska, Misza Figurski, Kuba Quka Kawalec, Igor Seider, Piotr Gutek Gutkowski, Wojtek Kuzyk i sam Olaf Deriglasoff, którego niski głos i perfekcyjna dykcja są ozdobą wszystkich numerów.
Uff, sporo tego. Może „co za dużo, to niezdrowo”? Według mnie absolutnie nie, choć moje zdanie, jako miłośnika takiego grania, będzie zapewne mało obiektywne. Słuchając longiem obu płyt, niektórzy mogą poczuć pewne znużenie, głównie z powodu długości materiału.
Warto wczytać się w dołączony do wydawnictwa booklet, w którym każdy utwór został przez Olafa krótko i treściwie opisany. Sporo anegdot i specyficznego (dla mnie wybornego) poczucia humoru.


Ciekawy przypadek, że the best of jednego tylko artysty może być istnym kompendium wiedzy o jakże wielu rejonach rodzimej sceny muzycznej z jej najlepszych lat. Olaf Deriglasoff, tworząc podsumowanie 30 lat kariery, stał się przy okazji autorem swoistej, dźwiękowej encyklopedii krajowego grania. To tylko świadczy o tym, jak wiele osobiście do niego wniósł. Szacunek!


Linki: