sobota, 31 stycznia 2015

Ciężka jazda nr 13 - recenzja: Hate "Crusade: Zero"

zespół: Hate
album: "Crusade: Zero"
wytwórnia: Napalm Records - 2015

skład:
ATF Sinner - wokal, gitara
Destroyer - gitara
Pavulon - perkusja
Heinrich - bas



utwory:
Vox Dei (A Call From Beyond) | Lord, Make Me an Instrument of Thy Wrath | Death Liberator | Leviathan | Doomsday Celebrities | Hate Is the Law | Valley of Darkness | Crusade: Zero | The Omnipresence | Rise Omega the Consequence | Dawn of War | Black Aura Debris | The Reaping (Bonus Track)


 
Moja przygoda z formacją Hate trwa już wiele lat. W 1998 lub 1999 r., podczas koncertu w warszawskim klubie Riviera Remont po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością grupy. Muzycy promowali wówczas swój drugi album „Lord is Avenger”. Pamiętam, że ich występ zrobił na mnie ogromne wrażenie. Pomimo tradycyjnych kłopotów z właściwym nagłośnieniem imprezy (w tamtych czasach klub Remont wybitnie brylował w dziedzinie fatalnego brzmienia), Hate pokazał znakomitą sztukę. Okrzyk „Hail Satan!”, wydany głębokim growlem przez ATF Sinnera, nieodłączny element występów zespołu, rozpoczął misterium brutalności i bluźnierstwa. Do dziś, na samo wspomnienie koncertu, boli mnie kark. Kasetę „Lord is Avenger” mam nadal. Z czasem dołączyła do niej wersja na CD.
Hate to zespół w swym działaniu bardzo konsekwentny. Każdy kolejny album warszawskiej ekipy jest godnym następcą swego poprzednika. Nie zdarzają się zejścia poniżej pewnego poziomu. Muzyka Nienawiści to tradycyjny, potężny techniczny death metal, grany z pasją, bogaty doświadczeniem muzyków, zawsze przemyślany i znakomicie wyprodukowany. Z pewnością nie jest to muzyka zaskakująca. Zespół nie bawi się w karkołomne eksperymenty czy usilne artystyczne eksploracje. Ich twórczość bez wątpienia stale ewoluuje, lecz odbywa się to łagodnym trybem. Hate to zespół przyjemnie przewidywalny. Oczekiwanie na każdy kolejny album przypomina wizytę w ulubionej, sprawdzonej restauracji, gdzie znamy szefa kuchni, jego umiejętności i talent. I niby wiemy, czego się spodziewać. To, że zamówione danie będzie wyborne, czujemy już zanim przyjdzie nam go spróbować. A jednak czekamy w napięciu, bo z góry zakładamy, iż maestro mimo wszystko dorzuci do potrawy coś, co ożywi znany nam smak.
Od czasów albumu „Anaclasis - a gospel of malice and hatred”, muzyka Hate stała się powtarzalna. To nie zarzut, a jedynie stwierdzenie faktu. O ile płyta „Awakening of the liar” niosła w swym brzmieniu całe pokłady młodzieńczej jeszcze dzikości, o tyle kolejny krążek grupy zdawał się być uporządkowany i wyrachowany – stworzony przez fachowców, którzy znaleźli w końcu swoją własną ścieżkę i postanowili z niej nie zbaczać, a przynajmniej nie za bardzo. Nienawiść obrała swój kurs.

Słyszałem opinie, że „Morphosis”, „Erebos” i „Solarflesh” to bliźniacze albumy. Swoista metalowa trylogia. Istotnie, słuchając tych płyt po kolei, można odnaleźć w ich brzmieniach dużą spójność. Spoiwem jest w tym przypadku produkcja owych materiałów. Znakomita, klarowna i dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Nieco zimna, bardzo techniczna, wykonana z premedytacją wyrachowanych zawodowców. Hate uparcie trzyma się swojego kierunku i robi to fenomenalnie. Każdy z powyższych tytułów opowiada swoją historię. Każdy jest samodzielnym dziełem. A że są między nimi podobieństwa? Cóż... jak w każdym rodzeństwie. Jednakże pomimo bliskiego pokrewieństwa, każdy z potomków ma swoje unikalne cechy, które kreują osobowość, a tej dziełom Hate nigdy nie brakowało.

Rok 2015 rozpoczął się nadejściem „Crusade: Zero” - dziewiątego studyjnego albumu warszawskiej Nienawiści.
Zwyczajowo, krążek otwiera intro, po którym na słuchacza powoli zaczyna najeżdżać walec. Płynnie, melodyjnie, w otoczce bogatego gitarowego solo. Z nadejściem wokalu robi się ciężko. Hate ponownie serwuje muzykę o gęstym, wręcz oleistym klimacie, który szczelnie oblepia słuchacza. Otula mrokiem, wciąga i hipnotyzuje. To diabelskie misterium, w którym mimo wszystko znajduje się mnóstwo przestrzeni. Jest miejsce na oddech i na zasłuchanie.
W nienawistną muzykę wsiąka się po uszy. Gęsta perkusja, ciągnące się, bogate solówki, transowe riffy i wściekły growling Adama są jak gąbka chłonąca wszelkie promienie światła. Ciemność jest tu absolutnie namacalna. Słuchając „Crusade: Zero” tonie się w niej po uszy.
Skandowane do upadłego wersy, jak choćby mantryczny, wbijający się w głowę „Abyss born Leviathan.”, potęgują tylko monumentalizm przekazu, wciągając odbiorcę coraz głębiej i głębiej w bezkresną otchłań, wprost za ostatni krąg piekieł, skąd ucieczki już nie ma.
Każdy kolejny utwór poraża potężnym brzmieniem. Skala na wadze dawno została przekroczona. Przytłoczeni tonami szlachetnego metalowego kruszcu możemy tylko czekać końca. A ten nie nadchodzi... I dobrze! Niech trwa!
Wraz z upływem minut na liczniku odtwarzacza, Hate atakuje coraz mocniej, szybciej i precyzyjniej. Kompozycje są bogate i różnorodne. Raz blast, raz solo, raz wspólnie. To wściekle, to melodyjnie. Emocje są tu umiejętnie dawkowane. Szalona jazda potrafi niespodziewanie, na moment, ustąpić pola gitarowemu powiewowi łagodności. Moment taki nie trwa tu długo. Potężna death metalowa machina rzadko zwalnia, a jeśli już to wyłącznie na tyle, by stojący na jej drodze mogli wziąć ostatni przed rozjechaniem wdech.

„I bring fire!
I bring salvation!”

„Crusade: Zero” to płyta znakomita. Dopracowana w każdym dźwięku. Stworzona przez ludzi świadomych ich celu. Hate po raz kolejny nie zawodzi oczekiwań. Dostaliśmy dokładnie to, na co czekaliśmy – sowitą porcję najprzedniejszego death metalu.
O to chodziło? O to! Hate perfekcyjnie wywiązał się ze swej powinności, dostarczając fanom to, na co czekali. A kto szuka czegoś więcej ponad konsekwentną perfekcję – niech kontynuuje pod innym adresem. Nienawiść jest stała. I to jej największa siła.


Linki:

sobota, 17 stycznia 2015

Ciężka jazda nr 12 - recenzja: Dr Misio "Pogo"

zespół: Dr Misio
album: "Pogo"
wytwórnia: Universal Music Polska - 2014


skład:
Arkadiusz Jakubik - wokal
Paweł Derentowicz - gitara
Mario Matysek - gitara basowa
Radek Kupis - klawisze
Janek Prościński - perkusja

utwory:
Pogo | Pedagogika | Sekta | Modlitwa | Metro | Powstaniec | Hipster | Klub Trup | 
Ona wie | Wrzesień | Parada | Sam sobie


Jeszcze nie tak dawno, kiedy znany aktor brał się za śpiewanie, najczęściej oznaczało to jedno: Przegląd Piosenki we Wrocławiu. Wiersze Osieckiej, Młynarskiego albo Okudżawy czy w nielicznych, ambitnych przypadkach tłumaczenia dzieł Nicka Cave'a. Dramatycznie przeinterpretowane wykonania, gibanie się nisko na nogach przed mikrofonem i wreszcie wypuszczenie albumu nakładem fabryki płytowej wypluwającej masowo wszelakie dzieła sztuki „wyższej” - paskudnie wydane, źle brzmiące i potwornie męczące, choć nie jest to oczywiście regułą.

W 2008 roku na scenę muzyczną zapragnął wskoczyć Arkadiusz Jakubik, aktor z gatunku tych, którzy raczej na drobne się nie rozmieniają.
Stanął przed mikrofonem w powyciąganym podkoszulku na ramiączkach, znoszonych gaciach i w okularach przeciwsłonecznych. Za nim ustawił się zespół czterech muzyków. Przedstawili się Polsce jako Dr Misio. I zagrali rocka!
Płyta „Młodzi”, wydana w 2013 roku, narobiła sporo szumu. Producentem materiału został mianowany Olaf Deriglasoff, zaś do zaaranżowania dwóch z trzynastu utworów zaproszono Mateusza Pospieszalskiego.
Mało? To jeszcze dwa nazwiska: Varga i Świetlicki. Ich teksty, a w zasadzie wiersze, to chyba najistotniejszy element składowy działalności grupy Dr Misio. Przy doborze warstwy słownej, Jakubik i ekipa nie poszli na łatwiznę. Wręcz przeciwnie – wzięli na warsztat piekielnie trudne do śpiewania poezje. Połamane, potrzaskane, ponure i mocne. Rymowanki? Zbędne. Zespół udowodnił, że nawet tak „nieśpiewalny” materiał można umiejętnie chwycić i wspaniale ubrać w dźwięki. I to ostre, mroczne i dynamiczne.
Do tego jeden teledysk w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Kolejny, będący dziełem Krzysztofa Skoniecznego, otrzymał nominację do Złotej Żaby na Festiwalu Camerimage.
Mnóstwo koncertów, szybka reedycja płyty „Młodzi” z dołączonym DVD live. Ufff... Ależ debiut!


Minął rok i Dr Misio ponownie urodził, tym razem zapraszając słuchaczy do „Pogo”. Nazwiska pozostały te same. Zwiększyła się natomiast rola Olafa Deriglasoffa. Pan producent przyozdobił nowy materiał swoim niskim głosem (w chórkach), a także wypełnił kompozycjami przestrzeń pomiędzy utworami.
Teksty to ponownie dzieła Krzysztofa Vargi i Marcina Świetlickiego. Pomiędzy nimi pojawił się także wiersz „Ona wie” Norwida.
Jaka jest więc nowa płyta zespołu? To naturalna następczyni albumu „Młodzi”. Styl formacji pozostał, na szczęście, niezmieniony. Wciąż jest to kawał porządnie zagranego, właściwie przybrudzonego miksu rock'n'rolla i alternatywy. Wyraźnie wybija się wizja artystyczna Deriglasoffa, który jako producent miał przecież znaczący wpływ na brzmienie materiału. Kompozycje zdają się być bardziej przemyślane od tych, które znalazły się na debiucie. Aranżacje są ciekawsze. Bogactwo dźwięków sprawia, że na płycie nie ma „pustych przelotów”. Każda z 46 minut została umiejętnie i z wyczuciem wypełniona. Utwory płynnie przechodzą jeden w drugi. Taki stan pięknie oddaje już sam tytuł krążka. „Pogo” wciąga, trwa, narasta i wypuścić nie chce. Falujemy wraz z otaczającym nas muzycznym oceanem. Raz sztorm a raz łagodna tafla, pod którą cały czas coś się czai. To zdecydowanie nie jest basenik dla dzieci.
Arek Jakubik znowu jest tu po prostu wokalistą zespołu rockowego. Dr Misio to nie kolejna jego rola. Studio czy koncerty to nie plan filmowy. Nikt mu niczego nie narzuca. Nie ma trzymającego za mordę reżysera. Jako frontman jest w swoim żywiole, którym sam rządzi od początku do końca. Śpiewa to, co sobie wybierze i „poczuje”. Emocje w jego głosie nie są sztuczne czy wyuczone. On naprawdę spala się do cna wraz z każdym kolejnym wersem. Każdy brud i każdy ból, jakim przepełnione są wykonywane przez zespół poezje, Jakubik odczuwa najbardziej i naprawdę. Bez aktorzenia. Ta szczerość w przekazie udziela się słuchaczowi w bardzo silnej dawce. Po przesłuchaniu „Pogo” ma się wrażenie, że właśnie wypełzło się z ludzkiego magla, by po chwili wytchnienia bezwiednie na powrót do niego wejść.
Teksty, które trafiły na płytę to tradycyjnie już dzieła ciężkiego kalibru. Przytłaczające i ponure. Mocno doprawione ironią i gorzką, celną satyrą. Historie spisane przez wnikliwych obserwatorów naszego świata nie głaszczą nas po głowach. Są jak odłamki szkła wbijające się w ciało, wpadające do oczu, krążące we krwi. Bolą, to oczywiste. Ale czego innego można się spodziewać? Poezja zrodzona z syfu życia nie będzie kolorowa. Włączając „Pogo” podejmujemy świadomą decyzję o wskoczeniu do kanału, którym płyną uczucia i emocje. Silny prąd niesie ze sobą przeróżne odpady ludzkiej codzienności. Te negatywne lecz także te dobre, które trafiły tam przez zwykłą głupotę czy zapomnienie i stopiły się w jednolity, oblepiający szlam.

Zatem: miłej kąpieli...


Linki:

sobota, 6 grudnia 2014

Ciężka jazda nr 11 - recenzja: Vesania "Deus Ex Machina"

 
zespół: VESANIA
album: "Deus Ex Machina"
wytwórnia: Tune Project - 2014


skład:
Tomasz "Orion" Wróblewski - wokal, gitary
Dariusz "Daray" Brzozowski - perkusja
Filip "Heinrich" Hałucha - bas
Marcin "Valeo" Walenczykowski - gitara
Krzysztof "Siegmar" Oloś - instr. klawiszowe

utwory:
Halflight | Innocence | Disillusion | Vortex | Dismay | Glare | Notion | 
Disgrace | Fading | Scar


Podam Ci, drogi Czytelniku, pewien przepis.

Do solidnego, metalowego moździerza wsyp kolejno:
  • 5 czubatych łyżek czystego Talentu
  • po 5 łyżeczek Artyzmu (niezbyt przesadnego) i Doświadczenia (jest niezbędne)
  • solidną miarkę Wirtuozerii

Ucieraj, aż składniki się połączą.

Teraz, ciągle mieszając, stopniowo dodawaj:
  • kilka kropel silnie skoncentrowanego ekstraktu z Arcturusa
  • szczyptę Dimmu Borgir (Naprawdę odrobinę! Za duża dawka da ohydny posmak fastfoodu!)
  • resztki z Emperora (te trochę starsze, bardziej soczyste)
  • garść kurzu z desek teatralnej sceny (składnik trudno dostępny)

Gotową masę przełóż do kotła, zalej wrzątkiem i gotuj, aż nadmiar zbędnego płynu odparuje.
Pij natychmiast. Na gorąco. Do dna!


Przyznam, że od bardzo dawna hasło „symfoniczny black metal” wywołuje u mnie odruch wymiotny. Muzyka z lodowatej Norwegii z założenia powinna być surowa i tak wściekła, jak to tylko możliwe. Dla maniaków gatunku wyłącznie pierwotna odmiana zasługuje na miano „czarnego metalu”.
W latach '90, na fali popularności skandynawskich brzmień spod znaku odwróconego krzyża, na świecie jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać wszelkiej maści twory muzyczne, których celem było granie black metalu, ale tak nie do końca...
W dużym skrócie: „Jesteśmy źli! Szatan naszym Panem! O, jaki śliczny pluszowy jednorożec!!”
Krzywo grające gitary, tłukącą jednostajnie pojedynczą strunę basu i skrzeczący wokal dało się bez problemu zamaskować prostym automatem perkusyjnym połączonym z podniosłym brzmieniem keyboardu a'la wczesne Casio. Bum! I mamy kapelę!

Na szczęście, w zalewie tej jarmarcznej tandety, istnieją nieliczne perły, których twórczość wybija się hen ponad zwyczajowy poziom około-blackmetalowego grania.

Aby taki przepis, jaki podałem zamiast wstępu mógł się udać, koniecznym jest, by za jego przyrządzanie zabrali się kucharze z najwyższej półki. Tacy, którzy potrafią z wyczuciem żonglować przeróżnymi przyprawami, bez czytania gotowych receptur perfekcyjnie dobrać ich proporcje, a na koniec podać wszystko na czas, w odpowiedniej temperaturze i bez śladów przypalenia.
Tacy właśnie ludzie tworzą ekipę gotującą w wykwintnej restauracji o nazwie Vesania.

Zespół tworzy pięciu muzyków, a przynajmniej trzech nich to wielkie indywidualności nie tylko polskiej ale i światowej sceny metalowej. Orion, Daray i Heinrich – tych panów nie trzeba nikomu przedstawiać. Z tego też powodu Vesania często określana jest mianem „supergrupy”. Co ciekawe, formacja powstała w 1997 roku, a zatem na długo zanim jej poszczególni członkowie stali się powszechnie rozpoznawalni i szanowani w metalowym środowisku. Zatem nie jest to ich projekt poboczny, a właśnie macierzysty.

Tomasz „Orion” Wróblewski kojarzony jest przede wszystkim jako basista grupy Behemoth. Na pokładzie własnej formacji pełni funkcję autora tekstów, wokalisty i gitarzysty. Czterostrunowe wiosło dzierży Filip „Heinrich” Hałucha.
Jak znakomitym perkusistą jest Dariusz „Daray” Brzozowski, wie każdy szanujący się metalowiec. Masachist, Vader, Hunter czy ostatnio Dimmu Borgir – to bodajże najważniejsze formacje, w których udzielał się lub wciąż się udziela. Daray to bębniarz niezwykle wszechstronny. Thrash, death czy black metal – wspaniale odnajduje się w każdym gatunku. Jego umiejętności to prawdziwy skarb dla Vesanii, której muzyka zawiera w sobie przeróżne wpływy.
Drugą gitarą w zespole zawiaduje Marcin „Valeo” Walenczykowski, który w swym muzycznym CV ma między innymy grę w zespołach Mortis Dei czy Rootwater.
Krzysztof „Siegmar” Oloś odpowiada za brzmienia elektroniczne, w których jest prawdziwym ekspertem. Z jego usług regularnie korzysta dwóch tytanów death metalu – Vader i Behemoth.
Prawdziwy metalowy Dream Team? Bez wątpienia można tak powiedzieć.


„Deus Ex Machina” to czwarty studyjny album Vesanii. Ukazał się aż siedem lat po swym poprzedniku, znakomitym krążku „Distractive Killusions”, dzięki któremu muzyka tego zespołu po raz pierwszy zagościła w moim odtwarzaczu.
Każdy kolejny album zespołu jest dźwiękowym dziedzicem wcześniejszych dzieł. Słychać konsekwentne trzymanie się kursu obranego przed laty. Styl Vesanii się nie zmienia. Jednocześnie nie można mówić o zjadaniu własnego ogona. Płyty nie są swoimi klonami. W brzmieniu i kompozycjach trwa nieustający progres. Skład zespołu tworzą wszak muzycy o olbrzymim doświadczeniu, którego pomimo jakże intensywnego życia artystycznego każdego z nich, nie zdołała pożreć zgubna dla wielu rutyna. Ich najnowsze wydawnictwo potwierdza, że komponowanie i nagrywanie w żadnym wypadku im się nie przejadło. Wręcz przeciwnie – to okazja do wyrzucenia z siebie tony spiętrzonych pomysłów, których nie byliby w stanie zrealizować z Behemoth, Dimmu czy którymkolwiek innym zespołem. Te emocje mają zarezerwowane dla Vesanii.

Eurypides stworzył pojęcie „Deus Ex Machina” na potrzeby dramatu antycznego. „Bóg z maszyny” był zsyłany w celu szybkiego i prostego wytłumaczenia widzom wszelkich występujących w sztuce braków w logice. Sprawę załatwiało w zasadzie już samo jego przywołanie (skąd my to dziś znamy...?).
Vesania swoją nową płytą rzuca słuchacza w sam środek niesamowitego spektaklu teatralnego. Czasem ma się wrażenie uczestniczenia w przedziwnym scenicznym misterium („Innocence”), by już za chwilę zasiąść w wagoniku rozpędzonego rollercoastera gnającego przez opustoszały, mroczny lunapark („Disillusion”).
Przez duszne, zakurzone komnaty, oślepiające lodowe przestrzenie aż do piekielnej kuźni Hefajstosa. Klimat płyty zmienia się jak w czarcim kalejdoskopie. Wściekły wrzask przeplatany partiami czystego, spokojnego wokalu. Grające nieustająco klawisze miotają nastrojami. Raz dudnią echem odbitym od samego dna otchłani, by zaraz gwałtownie wystrzelić w pustkę kosmosu.
Ileż w tej muzyce elegancji! Ile piękna i wirtuozerii! Ile emocji!
Dziesięć utworów trwających łącznie ponad 50 minut. Idealnie wyważone proporcje. Ani za krótko, ani zbyt długo. Gdy album się kończy, odruchowo wciska się ponownie klawisz „play”, a z każdym kolejnym przesłuchaniem słyszy się w tym materiale coraz więcej i więcej. Osobiście polecam słuchać „Deus Ex Machina” na dobrej klasy słuchawkach nausznych. Żadne dokanałowe badziewia! (zabiją całą przyjemność).

Mówi się, że w muzyce wszystko co było do zagrania – zostało już zagrane. Pewnie jest w tym twierdzeniu sporo prawdy. Nie da się uniknąć porównań między poszczególnymi wykonawcami. Nie sposób nie wysłyszeć w danej muzyce przeróżnych wpływów, zwłaszcza gdy odbiorca jest porządnie osłuchany.
W muzyce serwowanej przez zespół Vesania słyszę klimaty rodem z twórczości Arcturusa, którego teatralna maniera potrafi trwale wryć się w pamięć. Jest tu również dużo z Emperora, a ściślej – z samego Ihsahna, artysty o niebywale szerokich muzycznych horyzontach.
Na początku wspomniałem też o naleciałościach rodem z Dimmu Borgir, lecz po wielokrotnym przesłuchaniu płyty „Deus Ex Machina”, delikatnie (acz nie całkiem) się z tego wycofam. Ośmielę się jednak stwierdzić, że Shagrath i spółka bardzo chcieliby móc zabrzmieć jak Vesania, jednakże wtedy mogliby zapomnieć o uwielbieniu wśród mrocznych nastolatków. Muzyka polskiej formacji jest bowiem zbyt trudna w odbiorze, by bezboleśnie trafić do uszu zapatrzonych w norweskiego giganta mainstreamowych metalowców.

Naprawdę bardzo chciałbym móc się do czegokolwiek w „Deus Ex...” przyczepić. I nawet miałem niewielki punkt zaczepienia w tej sprawie. Niestety, argument upadł z hukiem. O co chodziło?
Słuchając płyty w samochodzie (bo najczęściej tam słucham muzyki) odniosłem niemiłe wrażenie, że brzmienie albumu jest dziwnie płaskie, można rzec: plastikowe. Nie mam w aucie słabego systemu grającego. Większość opisywanych tu płyt przyswajałem właśnie w czasie jazdy i nigdy nie miałem zastrzeżeń. A tutaj były i to poważne. Żadne ustawienia nie zmieniły moich odczuć.
Dopiero gdy odpaliłem krążek na domowym sprzęcie usłyszałem pełnię dźwięku. Pojawiła się oczekiwana głębia i przestrzeń. To samo na słuchawkach – rewelacyjne brzmienie.
No i w ten sposób szlag trafił całe moje marudzenie...

Vesania - „Deus Ex Machina” to dla mnie jeden z najlepszych albumów rodzimego metalu w 2014 roku. Polecam jak cholera!


Linki:
www.vesania.pl <- tu kupisz płytę za jedyne 25 zł!
www.facebook.com/VesaniaOfficial
 

czwartek, 23 października 2014

Ciężka jazda nr 10 - recenzja: Decapitated "Blood Mantra"

zespół: DECAPITATED
album: "Blood Mantra"
wytwórnia: Mystic Production - 2014


skład:
Wacław "Vogg" Kiełtyka - gitary, akordeon
Rafał "Rasta" Piotrowski - wokal
Paweł Pasek - bas
Michał Łysejko - perkusja


utwory:
Exiled in Flesh | The Blasphemous Psalm to The Dummy God Creation | Veins | 
Blood Mantra | Nest | Instinct | Blindness | Red Sun | Moth Defect


Prawdopodobieństwo, że jakikolwiek inny zespół deathmetalowy na świecie tak często i tak bardzo osobiście doświadczał w przebiegu kariery realnej obecności Śmierci, jest praktycznie zerowe.
Milcząca postać z kosą zdaje się nieustannie trwać w pobliżu, odciskając swą obecnością silne piętno zarówno na twórczości grupy, jak i niestety także na życiu muzyków.
Tragiczny w skutkach wpadek samochodowy sprzed siedmiu lat, kosztował życie Vitka, zaś Covan do dziś pozostaje w stanie uniemożliwiającym mu powrót do normalnego funkcjonowania.
Równo cztery lata po śmierci Witolda Kiełtyki, 1 listopada 2011 r., cień Ponurego Żniwiarza ponownie zamajaczył za plecami członków zespołu, gdy wracając do Polski z USA, ich samolot lądował awaryjnie bez podwozia na warszawskim Okęciu.
Tak, choć brzmi to dość przerażająco, o Decapitated można powiedzieć, że to formacja w jakimś stopniu „naznaczona”, a nazwa gatunku muzycznego, death metal, w ich przypadku nabiera dodatkowego, wręcz dosłownego znaczenia.
Jednocześnie zespół ten można śmiało określić słowem coraz rzadziej używanym, lecz znakomicie oddającym ich hart ducha. To słowo, to: niezłomni.

" (...) No prayers, our silence is our speech.
No bread, our fear is our feed.
No light, our blindness is our hope.
No warmth, our coldness is our force. (...)"
/"Moth Defect"/




Album „Blood Mantra” jest szóstym studyjnym krążkiem Decapitated. Ze składu, który w 2011 roku nagrywał „Carnival is Forever”, na pokładzie pozostali Wacław „Vogg” Kiełtyka oraz Rafał „Rasta” Piotrowski, który tym razem, poza funkcją wokalisty, jest także autorem wszystkich tekstów (na „Carnival...” za warstwę słowną odpowiadał Jarosław Szubrycht).

Na swej najnowszej płycie, krośnieńscy metalowcy wytrwale podążają obraną wiele lat temu ścieżką. Nadal jest to znakomicie zagrany, intensywnie brutalny, technicznie doskonały death metal. Nie ma tu artystycznego poszukiwania na siłę. Brak eksperymentów, kombinowania i prób zaskoczenia słuchacza czymś „nowym i odkrywczym”. Jest za to twarda konsekwencja, z jaką muzycy serwują nam kolejne porcje wściekłych dźwięków. Właśnie ta „dzikość” jest znakiem rozpoznawczym Decap. Brzmienia tego zespołu nie da się już pomylić z żadnym innym. Wypracowanie własnego, charakterystycznego stylu w muzyce ekstremalnej to obecnie nie lada sztuka. Wiele kapel death czy blackmetalowych przez lata nagrywa praktycznie tę samą płytę, stawiając wyłącznie na coraz większą szybkość i brutalność, zatracając przy tym jakiekolwiek emocje. Inaczej jest w przypadku Decapitated.
Ekipa kierowana przez Vogg'a tworzy muzykę, w której głównym elementem składowym, oprócz instrumentów i głosu jest coś więcej – potężna energia płynąca właśnie z emocji. Doświadczenie i dojrzałość członków zespołu przekłada się nie tylko na perfekcję w graniu. Przekaz zawarty w utworach „Blood Mantra” jest niezwykle silny. Trafia do słuchacza nie tylko przez jego uszy. Tego albumu słucha się całym sobą. Chłonie się go, nasiąka nim. Klimat płyty niemalże oblepia skórę, wżera się w ciało. Po plecach pełzną dreszcze.

Płyta zawiera dziewięć kompozycji. Mało? W żadnym wypadku! Utwory są bardzo rozbudowane, a ponad połowa z nich trwa powyżej 5 minut (najdłuższy ma ich ponad 7). Wszystkie numery są bardzo bogate w brzmienia. Niejednostajne, ciekawie zaaranżowane. Transowe i przykuwające uwagę.
Perkusja łoi niemiłosiernie. Podwójny kick jest jak precyzyjnie mierzone serie karabinów maszynowych. Charakterystycznie "bzyczące" gitary tną bezlitośnie, a wściekły wrzask, jakim raczy nas Rasta dopełnia przyjemnego wrażenia obcowania z perfekcyjnie zestrojonym mechanizmem.

W kwestii wokalu, przyznam bez bicia, że moje pierwsze zetknięcie się z głosem Rafała Piotrowskiego, przy okazji „Carnival is Forever”, obfitowało w mieszane uczucia. Nie byłem do niego zupełnie przekonany. Ogólne brzmienie zespołu zdawało mi się nie współgrać ze stylem wokalisty. Uparłem się jednak i słuchałem tamtej płyty do upadłego. I w końcu chwyciło!
Na „Blood Mantra” partie wokalne od początku trafiły w mój gust. Być może także sam Rasta, przez tych kilka lat w zespole, naturalnie wkomponował się w muzykę. Teraz to już jeden organizm.

Wracając do zawartości płyty – nawet po jej wielokrotnym przesłuchaniu nie potrafię wskazać poszczególnych numerów jako moich zdecydowanych faworytów. Tej płyty należy słuchać jak jednej całości. Porwanie materiału na fragmenty w postaci pojedynczych utworów odbiera mu bowiem jego największy atut – spójność.

Są tu oczywiście „perełki”, które bardziej wchodzą w głowę. Na pewno jest to dynamiczny i niemal przebojowy „Nest” czy hipnotyzujący i wciągający „Blindness” płynnie przechodzący w wyciszający „Red Sun” oraz wyborny i arcyintensywny „The Blasphemous Psalm To the Dummy God Creation”, w którym Rasta chwilami przechodzi samego siebie. 


Poziom produkcyjny płyty, tradycyjnie już, reprezentuje najwyższy światowy poziom. Brzmienie klarowne, selektywne i potężne. Przy całej postprodukcyjnej prefekcji, udało się zachować lekki „brud”, tak ważny w tego typu muzyce.

Uwagę zwraca także świetna oprawa graficzna albumu, której autorem jest Łukasz Jaszak, artysta współpracujący z wieloma wykonawcami sceny metalowej, w tym m.in. z Vomitory, Azarath, Emperor czy Alcest.

W digipacku, poza płytą audio, znajduje się także krążek DVD. Jego zawartość nieco mnie rozczarowała. Oczekiwałem porządnego materiału making-of, ciekawego raportu ze studia, może jakiejś porcji zakulisowych smaczków. To ostatnie w sumie dostałem. Niestety, materiał wideo zatytułowany „Diary 2010 - 2014” okazał się być w zasadzie klipem posklejanym nieco chaotycznie z różnego rodzaju filmików kręconych telefonami i/lub małymi kamerkami. Oczywiście osoba śledząca karierę Decapitated bez trudu rozpozna w nim ludzi i sytuacje, a także dopatrzy się pewnej chronologii zdarzeń, jednakże bardziej przypadkowy widz zapyta po prostu: co to, kurde, było? Zaiste, lepszym miejscem dla takich produkcji jest YouTube niż oddzielny bonus DVD. Szczęśliwie, dodatkowa płyta nie wpływa tutaj na sklepową cenę „Blood Mantra”, a gruby digi fajniej wygląda na półce.
Przynajmniej miałem się do czego przyczepić.

„Blood Mantra” zadebiutował w USA w czołówce listy Billboard'u. Płyta zbiera znakomite recenzje na całym świecie. Plany koncertowe Decapitated wyglądają imponująco. Wszystko wskazuje na to, że zespół ten wszelkiego rodzaju nieszczęścia i dramaty pozostawił już daleko za sobą.

I oby tak dalej!

Dopisek aktualizacyjny z dnia 25.10.2014 r.:
Niestety, muzycy grupy Decapitated ponownie ucierpieli w wypadku samochodowym... 
W piątek, 24 października, bus którym zespół podróżuje po USA w trasie koncertowej z GWAR, uległ wypadkowi w drodze do Nowego Orleanu. Szczęśliwie, tym razem nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń. 
Trasa będzie kontynuowana.


Linki:

niedziela, 12 października 2014

Ciężka jazda nr 9 - recenzja: KAT & Roman Kostrzewski "Buk - akustycznie"

zespół: KAT & Roman Kostrzewski
album: "Buk - akustycznie"
wytwórnia: Mystic Production - 2014

skład:
Roman Kostrzewski - wokale
Michał Laksa - bas
Krzysztof "Pistolet" Pistelok - gitara
Piotr Radecki - gitara
Jerzy Piotr Pęczek - perkusja
gościnnie:
Marek Romanowski - kontrabas

utwory:
Czas Zemsty | Śpisz Jak Kamień | Łza Dla Cieniów Minionych | Odi Profanum Vulgus | Spojrzenie | Diabelski Dom cz. 1 | Głos z Ciemności | Robak | Szkarłatny Wir |
Wolni Od Klęczenia | Łoże Wspólne Lecz Przytulne | Trzeba Zasnąć


Nagranie albumu „bez prądu” to dla wykonawcy często duże ryzyko. Można powiedzieć, że w pewnym sensie artysta podejmuje się stworzenia ciekawych coverów własnej twórczości, a dokonanie tej sztuki jest trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Odłączenie wzmacniaczy i przesterów jest dodatkowo prawdziwym testem umiejętności muzyków. Obnaża wszelkie braki warsztatowe i jak na dłoni ukazuje, czy gra nam artysta, czy rzemieślnik. Oto egzamin z otwartości, wszechstronności i muzycznej wrażliwości.

Istnieją dwa rodzaje produkcji unplugged:
Pierwsza odmiana zwykle prezentuje się następująco: zespół wybiera utwory, muzycy zamykają się w sali prób i kombinują, bawią się, eksperymentują z instrumentarium, niejednokrotnie całkowicie zmieniają aranżację. Znane numery przeistaczają w niemal zupełnie nowe kompozycje. Słuchacz bowiem lubi być zaskakiwany.
Inna droga, to ta na skróty: wybór utworów → wyciągnięcie wtyczek → wciśnięcie przycisku „record”. Odegranie materiału akord w akord, bez zbędnego ryzykanctwa. 


Którą drogę wybrał Roman Kostrzewski?

Płytę „Buk – akustycznie” mam od kilku tygodni. Przez ten czas zdążyłem wielokrotnie posłuchać całego materiału. Jako miłośnik twórczości formacji Kat, postanowiłem podejść do tematu możliwie wnikliwie i dokładnie, a przede wszystkim obiektywnie, zapominając na ten czas, jak ważna jest dla mnie muzyka tego zespołu.

I niestety, nie postawię temu albumowi pomnika. A Diabeł mi świadkiem - chciałbym...

Na długo przed wydaniem najnowszej płyty, Kat z Romanem, na koncertach wplatał w setlistę akustyczne wersje zarówno klasyków jak i utworów z poprzedniej studyjnej płyty „Biało Czarna”, co spotykało się z wyłącznie pozytywnym przyjęciem przez publiczność. Wtedy w zespole zrodził się pomysł, by opracować i wydać krążek w takim właśnie stylu.

Nieszczęśliwie, panowie weszli do studia z ukierunkowaniem na – wcześniej wspomnianą – drogę „na skróty”. To, co świetnie sprawdzało się podczas występów, tutaj zawiodło.
Na płycie znalazło się dwanaście utworów, z czego dziewięć to absolutne klasyki, jak choćby „Czas Zemsty”, „Diabelski Dom cz. 1” czy „Odi Profanum Vulgus”, dwa numery z „Biało Czarnej” oraz jeden instrumental. Tracklista mocno elektryzująca każdego fana katowickiej formacji. Od razu budzi się ciekawość: jak to będzie brzmiało? Jak zagrali ostre partie na akustykach? Czy udanie przekuli najczystszy, twardy metal w łagodną materię, nie niszcząc przy tym jego struktury?
To ostatnie akurat się udało... „Buk – akustycznie” zawiera w sobie niemal wyłącznie znakomicie odegrane utwory, praktycznie bez jakiejkolwiek zabawy aranżacjami. Instrumenty brzmią bardzo dobrze, lecz niestety styl gry nie odbiega od wersji oryginalnych. Każdy z muzyków gra równo jak maszyna, nie siląc się na choćby odrobinę improwizacji. Te same akordy, te same partie solowe. 

Głosem i charyzmą Romana Kostrzewskiego można by obdzielić niemal całą polską scenę muzyczną, a i dla świata dużo by jeszcze zostało. Kat w wersji „bez prądu” to jeszcze więcej Romana (i to jest znakomite). Jego wokal jest tu bardziej wyeksponowany, śpiewane słowa są czytelniejsze niż zwykle. Można się prawdziwie zasłuchać i na nowo odkrywać jego specyficzne, trudne lecz hipnotyzujące wiersze.


Ewidentną pomyłką jest dla mnie umieszczenie na tej płycie utworów z „Biało Czarnej”, które brzmią i-den-tycz-nie, jak oryginały. Jedyną różnicą jest brak przesteru. Nie wiem, być może są to jeszcze zbyt „świeże” numery, by pasowały do reszty. A może są zbyt proste kompozycyjnie i nie było „z czego” ciekawie zagrać? Wybitnie uwypukliło się to po wykonaniu ich na akustykach (co ciekawe, w oryginalnych wersjach są fenomenalne). Na tle starszych utworów, w których powstawaniu główny udział miał Piotr Luczyk, wypadają raczej blado. Nawet Kostrzewski ich nie ratuje. Wokale brzmią w nich tak, jakby po prostu przeklejono ścieżki z normalnej, „prądowej” sesji, choć z całą pewnością tak nie było. To po prostu efekt jego olbrzymiego doświadczenia i rutyniarstwa. Tylko czy ta rutyna nie tłumi nieco artyzmu?

Wspaniała niespodzianka czeka natomiast w zamykającym płytę utworze „Trzeba Zasnąć”. Jaka? Powiem tylko, że transowa, płynąca i zjawiskowo piękna swą treścią.

Owszem, wiele jest albumów unplugged nagranych w taki właśnie sposób – ot, po prostu. Nagranie własnych utworów bez poważnych przeróbek aranżacyjnych, dokonując jedynie zmiany brzmienia instrumentów nie jest w żadnym wypadku czymś złym. Nie jest błędem, ani lekceważeniem fanów. Nie przypuszczam także, by był to zwykły skok na kasę, przynajmniej nie w przypadku Kata i Romana Kostrzewskiego. Jak chcieli – tak zrobili. Wyszło do bólu poprawnie i fachowo. Wielu ludzi będzie to wydawnictwo chwalić i oczywiście będą mieli rację. Bo to nie jest zła płyta! Po prostu ja miałem apetyt na coś więcej, niż "The Best Of" zagrany przy wywalonych korkach. 
Ależ szkoda, że to nie jest koncertówka...


Linki:

sobota, 9 sierpnia 2014

Ciężkie Newsy: Powrót polskiej legendy

W latach 90 święcili triumfy.
Albumy "Cyborgs Don't Sleep" oraz "Diablos Tequilos" po dziś dzień są przez wielu uznawane za niemal kultowe płyty polskiej sceny metalowej.
Energia, moc, niesamowite koncerty i charakterystyczne poczucie humoru - to ich znaki rozpoznawcze.
W październiku, po dłuuugiej przerwie, na rynku pojawi się ich najnowsze dzieło, zatytułowane "Sugar, Death and 222 Imperial Bitches".
O kim mowa?
...
Dokładnie tak! Grupa Tuff Enuff powraca!

 

Obecny skład nie zmienił się zbytnio. Ziuta, Sivy, Qlos i Taracha - czyli zaprawiona w bojach, tuff'owa ekipa została wzmocniona dolewką świeżej krwi. Za bębnami zasiadł Łukasz "Luk" Jeleniewski, kompan Qlosa z Lipali, który zmienił na stanowisku zapracowanego mocno Maryana.

Jak będzie? Wszystko wskazuje na to, że znakomicie. Udostępniony przez Tuff Enuff teaser nowego albumu nie pozostawia wątpliwości - mocy, energii i konkretnego łojenia tu nie zabraknie.
Mnie najbardziej wpadł w ucho fragment ostatniego prezentowanego utworu, "Wróć do korzeni", którego brzmienie i maleńki fragment treści słownej nieodparcie skojarzył mi się z czymś na kształt "apelu" do formacji Frontside. Oczywiście nie sądzę, by takie były intencje Tuff, ale ja właśnie tak odebrałem tych kilka udostępnionych sekund.

Pozostaje cierpliwie poczekać na efekt końcowy. Premiera 10 października 2014.

Teaser wrzucam poniżej:




czwartek, 3 lipca 2014

Dawno, dawno temu: zespół Limbonic Art w Warszawie

Naszło mnie dziś na wspomnienia.
Chyba każdy ma w głowie jakieś wydarzenia, które wryły się trwale w pamięć i nie pozwalają o sobie zapomnieć.
Ja mam takich dużo, a jednym z nich jest dzień 13 marca 1998 roku. Wtedy do Polski, po raz pierwszy w historii, zawitał norweski zespół blackmetalowy. Takiej okazji nie można było przepuścić.
Mimo, że od tego pamiętnego koncertu minęło już ponad szesnaście lat, wciąż mam wrażenie, jakby to było wczoraj.


Pod koniec roku 1997, w pismach branżowych, których zbyt wiele nie było, a i z dostępnością zdarzały się problemy (Empiki i kioski nie prowadziły, a warszawskie Dziuple dostawały niewiele egzemplarzy, oprócz „Novum Vox Mortis”, na szczęście), gruchnęła nie lada wiadomość: do Polski przyjeżdża zespół Limbonic Art. Band blackmetalowy. Z Norwegii. Taki prawdziwy, oryginalny! Prosto z ojczyzny wszelkiego zła, muzycznego bluźnierstwa, screamu i hałasu! Po raz pierwszy u nas!


Koncert w warszawskim klubie Riviera Remont. Super! Idę! Pognałem do Dziupli na Marszałkowską i kupiłem bilet. Mój pierwszy blackmetalowy koncert z zagranicznym headlinearem!
Tylko co to kurwa jest ten Limbonic Art...?! Do biletu dokupiłem jeszcze ich ostatnią kasetę, „In Abhorrence Dementia”. I bluzę (na wszelki wypadek – a nuż się spodoba?).
Tegoż wieczora planowane były tradycyjne, osiedlowe browarki na ławeczce (zimno było, no ale obowiązki obowiązkami...), lecz wyjątkowo odpuściłem sobie spotkanie towarzyskie. W kieszeni miałem nowiutką kasetkę zespołu, na którego koncert się wybierałem, a kompletnie nie wiedziałem, cóż to będzie za dzieło. Poszedłem prosto do domu, odpaliłem wysłużonego, przywiezionego ze Szwecji kaseciaka JVC (teraz takich nie robią... ;)) i zastygłem w oczekiwaniu, aż przeleci rozbiegówka (młodzi tego pojęcia nie znają :P ). Poszło intro, a mnie wbiło w krzesło.


Muzyka Limbonic Art brzmiała potężnie, monumentalnie i przytłaczająco. Melodyjne, elektroniczne orkiestracje genialnie współgrały z lodowatą wściekłością wokali, charakterystycznie bzyczącymi gitarami i tłukącym z iście szatańskimi prędkościami automatem perkusyjnym. Norweski duet wypluwał z siebie ścianę dźwięków godną co najmniej porządnego, klasycznego metalowego kwartetu.
Po kilku dniach intensywnego słuchania albumu, znałem na pamięć każdy riff, każde uderzenie automatu od bębnów i wszystkie teksty. W międzyczasie zaopatrzyłem się w poprzednie wydawnictwo zespołu, debiutancki materiał „Moon In The Scorpio” i wchłonąłem go jak gąbka. Byłem gotowy na koncert.

13 marca był typowym dniem przełomu zimy i wiosny. Było zimno i mokro. Lodowaty wiatr w kombinacji z padającym lepkim śniegiem tworzył namiastkę norweskiej aury. Idealny dzień na występ demonicznych Skandynawów.
Mając w kieszeni banknot o wysokim nominale – całe 20 złotych (na paczkę Spike'ów i kilka „wykwintnych” win powinno było wystarczyć) – szykowałem się do wyjścia. W drzwiach minąłem się z moim drogim wujkiem, który akurat postanowił wpaść w odwiedziny, a że, jak się okazało, był w szampańskim, wspomaganym czymś mocniejszym, nastroju, uznał za konieczne wsparcie mnie finansowo na okoliczność mej wyprawy, W tak oto niespodziewany sposób, mój stan posiadania środków płatniczych gwałtownie powiększył się o całe złotych 50. Czemu ten wątek jest tak ważny dla mojej opowieści? Wyjaśni się dalej.
Gdy dotarłem pod klub, czekał tam już całkiem okazały, zmarznięty i lekko podpity tłumek. Uskuteczniano tradycyjne rytuały sępienia na bilet, żebrania o fajkę lub łyczek jakiejkolwiek wody, mniej lub bardziej ognistej (królowały oczywiście wszelkiej maści alpagi oraz sort najtańszych dostępnych browarów), okazjonalnie zdarzały się niewielkie, wewnątrzwspólnotowe zadymy (chyba głównie dla rozgrzania skostniałych mięśni). Ktoś zmyślnie rozebrał drewniany płotek wokół trawnika, żeby rozpalić małe ognisko, ale niestety ochrona klubu Remont skutecznie uniemożliwiła pomysłowemu ciepłownikowi wdrożenie tego genialnego pomysłu. Zatem marzliśmy wszyscy cierpliwie, solidarnie i nawet niespecjalnie hałaśliwie.
Po kilku godzinach łaskawie otwarto bramy. W zasadzie to tylko drzwi. I to nie całe, a jedynie ich połowę. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak bardzo utrudniło to dostanie się do środka kilkusetosobowej, wyziębionej i generalnie delikatnie nietrzeźwej już zgrai metalowców. Dość powiedzieć, że panowie ochroniarze, kompletnie nie radząc sobie w roli bileterów, sięgnęli po środki zapobiegawcze w postaci kijów baseballowych oraz wszelkich znanych łysym glacom gróźb. Zator zrobił się jeszcze większy. Jeden z kolegów otrzymał od odźwiernych prewencyjny strzał w pysk, co skończyło się dla niego koniecznością szybkiej wyprawy na pogotowie celem poskładania nosa. (Koniec końców wrócił na imprezę, w mocno zakrwawionej koszulce i z opatrunkiem na twarzy. Załapał się nawet na cały set gwiazdy wieczoru. Poważnie zdeterminowany twardziel!)

Słów kilka o line-up'ie. Poza Limbonic Art, na scenie klubu Remont zameldowały się jeszcze trzy inne kapele. Pierwotnie miało być ich cztery, ale szwajcarski zespół Sadness raczył swój występ odwołać, co akurat przez wielu zostało przyjęte z ulgą (w tym samym roku grupa ta zakończyła działalność).
Wieczór otwierał występ Cold Passion. Niestety, z uwagi na problemy przed wejściem do Riviery, niewielu osobom udało się na niego załapać. Mnie również ominął.


Gdy wreszcie dostałem się do środka, na maleńkiej scence Remontu prezentował się już Asgaard. Wielkiego uznania jednak nie zdobył, głównie dlatego, że więcej osób stało wówczas w kolejkach do baru niż na sali koncertowej. Ja, wraz z częścią świeżo poznanej ekipy, spędziłem ich show w toalecie. Na dodatek damskiej. Było to bowiem jedyne miejsce, gdzie dało się znaleźć jakikolwiek kąt do posiedzenia i pogadania. Żeńska część publiki nie była tym faktem zachwycona, ale koniec końców obyło się bez awantur o sedesy.


W międzyczasie na scenie zaczął się rozstawiać przedostatni zespół, a był nim Behemoth, promujący swój najnowszy album „Pandemonic Incantations”. Po nieco przydługiej instalacji gratów, Nergal i spółka wkroczyli do walki. Odpowiednie makijaże, elementy zbroi, plucie ogniem i totalna... kakofonia. Sprzęt dźwiękowy i akustyka niewielkiej sali nie sprostały zadaniu właściwego nagłośnienia występu Pomorskiej Bestii. Słychać było niemal wyłącznie łomot perkusji, przytłumiony huk gitar i coś na kształt wokalu – wszystko zlane w jednostajny, irytujący i o wiele za głośny hałas.


Wtedy po raz pierwszy widziałem Behemoth na żywo. Ich wcześniejszą twórczość znałem bardzo pobieżnie i wybiórczo. To, co działo się na scenie przyciągnęło moją uwagę na tyle, że postanowiłem bliżej zapoznać się z muzyką tego zespołu. W kącie przy barze, na podłodze, rozłożony był niewielki merch. Kasety, naszywki, jakaś koszulka i... CD „Pandemonic Incantations” w horrendalnie wysokiej cenie – 50 zł (!). Nigdy wcześniej nie miałem w swojej kolekcji żadnego metalowego albumu wydanego na CD, a na diabelskim koncercie rogaty kusi wyjątkowo mocno. Wysupłałem więc banknocik otrzymany od wujka i dokonałem zakupu. Płytę upchnąłem w ciasnej wewnętrznej kieszeni ramoneski i dumny z siebie, choć z obawami, czy uda mi się jeszcze tego wieczoru zdobyć jakieś złotówki na browar, ruszyłem pod scenę. Z głośników płynęło intro z „In Abhorrence Dementia”, znakiem czego Limbonic Art byli już gotowi zawładnąć Warszawą.


Kiedy rozbłysły reflektory (Remont miał ich chyba ze cztery), a w ich blasku ukazali się Morpheus, Deamon, jakaś niewiasta od keyboardu oraz automat perkusyjny, w klubie rozpętało się istne piekło. Ciasna, klaustrofobiczna salka dla publiczności w jednej chwili przemieniła się w puszkę pełną jeszcze żywych sardynek z ADHD. Pogo w takim ścisku groziło naprawdę poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi. Wypuszczenie na rynek grubo ponad pięciuset wejściówek było sporym przegięciem. Dziś zapewne taką imprezę zwyczajnie by przerwano ze względów bezpieczeństwa.
Po pierwszym utworze sporo osób wycofało się do baru, by stamtąd, w bezpiecznej odległości oglądać występ Norwegów. Było na co popatrzeć, ale ponownie zawiodło nagłośnienie. Tym razem w głośnikach przeważały orkiestracje i automatyczne bębny. Jeżeli zespół miał w odsłuchach to samo, co publika na sali, to należy im się bezwzględny podziw i szacunek za nadrabianie miną.
Na twarzach typowy, skandynawski corpsepaint, długie lśniące włosy, którymi panowie fachowo zamiatali scenę, ochroniarzy i dwa pierwsze rzędy fanów, władcze pozy i czyste zło północy malujące się na ich obliczach. Atmosfera w klubie, choć piekielna, chwilami zdawała się być przeraźliwie zimna, jakby żywcem przeniesiona znad skutych lodem fiordów.
Występ Limbonic Art trwał chyba ponad godzinę. Zespół zaprezentował większość materiału z najnowszego albumu oraz kilka numerów z „Moon In The Scorpio”. Szczerze mówiąc nie pamiętam już, czy były jakieś bisy (na 99% musiały być, bo tak żywiołowa publika nie mogła przecież pozostać bez nagrody).
Klub Riviera Remont opuściłem, podobnie jak reszta ludzi, totalnie ogłuszony, wykończony, ale diabelsko szczęśliwy. Na zewnątrz, w mroźnych ciemnościach marcowej Warszawy , na swoją imprezę czekał już tłum hiphopowców. Co za kretyn wymyślił dwa skrajnie różne koncerty tego samego dnia, w tym samym miejscu, jeden po drugim?! Szczęśliwie obyło się bez wzajemnych zaczepek. Oni byli zbyt zdziwieni widokiem czarnej fali wylewającej się z klubowych czeluści, po naszej stronie zaś górę wzięło zmęczenie. Obie ekipy rozeszły się, każda w swoją stronę.

Moja muzyczna noc miała potrwać jeszcze dłuższą chwilę, ale już we własnych czterech ścianach. Do późnych godzin w odtwarzaczu kręciła się płyta Behemotha. Do dziś uważam „Pandemonic Incantations” za wielce udany album w bogatej i różnorodnej dyskografii Gdańszczan, a otwierająca go „Diableria (The Great Introduction)” nadal wywołuje ciary na plecach.


Limbonic Art widziałem na żywo jeszcze tylko raz, rok później, podczas ich wizyty na krakowskim Mystic Festival. Byli jednym z supportów megagwiazdy sceny norweskiej - wielkiego Emperora.
Duet promował wówczas album "Ad Noctum - Dynasty of Death". To już nie był ten Limbonic Art. Ich trzeci studyjny album (nie licząc wydanej w międzyczasie zlepki dawnych demówek - "Epitome of Illusions") zgubił gdzieś monumentalnego, symfonicznego ducha znanego z dwóch pierwszych płyt. Owszem, muzyka była znakomita, brutalna i szybka, ale emocje towarzyszące słuchaniu tego dzieło miały co najwyżej temperaturę letniej zupy. Przestali się wyróżniać na tle innych. Wyrównali do średniej, co według mnie gwałtownie zatrzymało ich artystyczną ewolucję.
Muzyczny kierunek obrany przez zespół na "Ad Noctum..." nie przypadł mi do gustu. Przestałem też śledzić z uwagą rozwój kariery tej formacji. Ponoć nadal istnieją, podobno wciąż nagrywają, ale jakoś mnie ku nim nie ciągnie. W mojej głowie, sercu i często w odtwarzaczu nadal goszczą wyłącznie "Moon in The Scorpio" oraz "In Abhorrence Dementia".